Europa musi coś zrobić, by rozwiązać swoje kłopoty - z całego świata płyną życzliwe rady i żądania. Problem w tym, że mało kto ma ochotę to coś nazwać, a trzeba to zrobić, żeby inwestorzy mogli uwierzyć, że plan ma konkretne podstawy i jest nieco bardziej przemyślany niż komunikaty po posiedzeniach przywódców Europy. Największe nadzieje pokładane są w Christine Lagarde, nowym szefie MFW, ale skądinąd wiadomo, że reguły narzucane przez MFW są twarde i często w pierwszej kolejności prowadzą do spowolnienia, zanim objawią się korzystne efekty kuracji odchudzającej wydatki.

S&P zatrzymał się wczoraj poniżej poziomu 1200 pkt (przed falą spadków, w poprzedni wtorek atakował 1220 pkt), co można właśnie odczytać jako prośbę rynku (lub żądanie, jeśli ktoś woli) o pokazanie kart. Albo Europa ma jakiś plan do pokazania, albo plotki o nim są tylko ułudą rynków, które odbijały po wcześniejszej wyprzedaży.
Inwestorzy w Azji także są nieco skonfundowani. Kospi i Nikkei zyskiwały po 0,1 proc. na kwadrans przed końcem sesji, (w Tokio inwestorom mogła przeszkadzać propozycja partii rządzącej czasowego podniesienia podatków), ale zaczęły dzień z wyższego poziomu. W Hong Kongu indeks spadał o 1,3 proc., a w Szanghaju tracił 0,6 proc. także w skutek doniesień o katastrofie w metrze.

Zakładam, że Europa nie ma dziś żadnych kart do odkrycia i inwestorzy obejdą się smakiem. Giełdy nie spadną znacząco z tego powodu w najbliższych dniach, ponieważ zbliża się końcówka kwartału, a ostatnio nawet końcówki miesiąca okazują się dla rynków korzystne (vide sierpień). Informacje wskazujące na ograniczenie deficytu w Hiszpanii czy zmniejszone potrzeby finansowe Niemiec, mogą budować zaufanie, ale zostały skonsumowane przez rynki już wczoraj. Dziś liczyć się będą zamówienia na środki trwałe w USA (14:30) i ewentualnie jakiekolwiek nowe doniesienia w sprawie Planu.