Według Międzynarodowego Funduszu Walutowego, aby uniknąć efektu domina europejskie banki wymagają jak najszybszego dokapitalizowania. W prasie pojawiły się szacunki ekspertów mówiące o konieczności pozyskania nawet 200 mld EUR w celu właściwego dostosowania się do możliwego szoku na wypadek bankructwa Grecji oraz innych mocno zadłużonych członków strefy euro. Obniżka ratingów największych francuskich banków przez Moody’s i włoskich przez Standard&Poor’s zdają się potwierdzać opinię o niewystarczających zabezpieczeniach w stosunku do ryzyka przeceny posiadanych przez banki aktywów

>>> Czytaj też: Grecja i Portugalia zbankrutują, a Włochy i Hiszpania obronią swoje finanse

Unijni politycy zastanawiają się już nie tylko, w jaki sposób zorganizować restrukturyzację długów Grecji, aby nie wywołać efektu domina w systemie bankowym, ale także, jak wykorzystać pieniądze państw członkowskich zgromadzonych w Europejskim Mechanizmie Stabilizacji Finansowej (przed ratyfikacją wniosku o jego podwyższenie to kwota 250 mld EUR) do wykreowania kilkukrotnej dźwigni finansowej. Zaczynają nawet krążyć pogłoski, że EMSF ma docelowo osiągnąć rozmiar 2 bilionów EUR. Zatem, choć otwarcie jeszcze się tego nie słyszy, już dziś trwają przygotowania nie tylko na przyjęcie przez międzynarodowe banki strat z tytułu inwestycji w greckie papiery skarbowe, ale również w obligacje Włoch lub Hiszpanii, których na rynku jest znacznie więcej.

>>> polecamy: Chiński cud się skończył? Kryzys dusi smoka

Odmienny pogląd reprezentują analitycy Goldman Sachs, którzy w raporcie z września 2011 r. stawiają tezę, że większość europejskich banków nie potrzebuje podnosić bazy kapitałowej. Podobne wnioski płynęły z unijnego testu bezpieczeństwa przeprowadzonego w czerwcu 2011 r. przez Europejski Urząd Bankowy na 90 największych bankach Unii Europejskiej. W tej kwestii trudno o zerojedynkowe rozstrzygnięcie, czy i ile dodatkowego kapitału powinny pozyskać europejskie banki, ponieważ wszystko zależy od przyjmowanych przez ekspertów założeń. W europejskim teście skrajnych warunków za kryterium wymuszające dokapitalizowanie banku uznano spadek współczynnika wypłacalności poniżej 5 proc. Jeśli jednak zagłębić się we wspomnianą analizę Goldman Sachs, okazuje się, że o wystarczającym poziomie kapitałów własnych europejskich banków mowa jest w scenariuszu zakładającym jedynie spowolnienie gospodarcze. Jeśli jednak decyzją polityków dojdzie do tzw. „strzyżenia” posiadaczy obligacji skarbowych emitowanych przez Grecję, Portugalię, Irlandię, Włoch lub Hiszpanię, wówczas 38 europejskich banków będzie potrzebowało dokapitalizowania kwotą od 30 mld do 92 mld EUR w zależności od tego, czy za poziom alarmowy uznamy spadek współczynników wypłacalności poniżej 5 proc. lub 7 proc. Zatem najbliższa przyszłość banków jest niemal całkowicie uzależniona od decyzji polityków.

Prawie polskie banki prawie bezpieczne

Dla inwestorów z polskiego rynku, którzy nieustannie słyszą, że naszym instytucjom finansowym nic nie grozi, gdyż nie angażowały się obrót niebezpiecznymi instrumentami, mimo wszystko istotne powinno być, czy wśród siedzących na beczce prochu zagranicznych banków nie ma podmiotów dominujących nad operującymi w Polsce instytucjami. Mimo zdecydowanego stanowiska Komisji Nadzoru Finansowego i obowiązujących od kilku tygodni surowszych obostrzeń zapobiegających transferowaniu przez banki kapitału z Polski do spółek-matek, można wyobrazić sobie skrajną sytuację, w której walka o życie nadrzędnego podmiotu będzie wymagała wypłacenia wysokich dywidend ze spółek córek czy dokapitalizowania centrali w inny, mniej oczywisty, lecz prawnie dozwolony sposób.

W tabeli obok widzimy, że tylko 2 z 15 największych banków posiadają współczynnik wypłacalności poniżej 10 proc., co w odniesieniu do europejskiego sektora jest dobrym wynikiem. Warto także zwrócić uwagę na rubrykę z funduszami własnymi, ponieważ w ramach nowelizacji prawa bankowego z lipca 2011 r. regulator polskiego rynku ustalił limit maksymalnego zaangażowania kapitału w lokaty lub inne instrumenty jednego podmiotu na 25 proc. funduszy własnych lub 150 mln EUR (w zależności od tego, która kwota jest większa).

Matce nie pomożesz?

Taka nowelizacja prawa bankowego była manewrem wyprzedzającym mającym uniemożliwić działającym w Polsce bankom transferowanie kapitału za granicę w celu dokapitalizowania kontrolujących je spółek. Do tej pory tzw. limity koncentracji zaangażowań banków w jeden podmiot nie obejmowały lokat na rynku międzybankowym, czyli zagraniczny bank w krytycznej sytuacji po wykonaniu kilku telefonów do Polski mógł przymusić polską filię do otwarcia lokaty w centrali, która w ten sposób mogła na kilka dni podrasować swoje współczynniki adekwatności kapitałowej i kupić cenny czas potrzebny do załagodzenia kryzysowej sytuacji.
Przed aktualizacją przepisów takie operacje były znacznie łatwiejsze niż obecnie, za co krajowym nadzorcom należą się słowa uznania. Nie znaczy to jednak, że drenowanie kapitału z działających w Polsce banków przez spółki-matki w świetle obowiązujących przepisów, jest niemożliwe. Otóż wśród wyjątków, do których nie stosuje się limitów koncentracji zaangażowań znajdziemy „należności zabezpieczone gwarancją lubo poręczeniem rządów lub banków centralnych państw członkowskich”. Czyli trudno będzie wymusić założenie tradycyjnej lokaty, na którą polska filia przelałaby całe swoje nadwyżki płynności, ale nie będzie to problemem, jeśli zagraniczny podmiot dominujący udzieli odpowiednich gwarancji. 

Spośród 15 największych banków funkcjonujących na polskim rynku aż 13 jest kontrolowanych zagraniczne grupy kapitałowe, dlatego warto wiedzieć, w jakiej sytuacji finansowej są spółki-matki i jak wielkie jest ich zaangażowanie w obligacje Grecji oraz inne papiery wartościowe, które wkrótce najprawdopodobniej będą wymagały odpisów korygujących w dół ich wartość. Trudno powiedzieć, w jakim stopniu nowelizacja polskiego prawa bankowego wpłynęła na strategie największych instytucji finansowych w Polsce, ale obserwując próby pozbycia się polskich filii przez niektóre grupy kapitałowe (m.in. Bank Millenium i Kredyt Bank), można przypuszczać, że nie było to kompletnie bez znaczenia dla zarządzania płynnością.

Wykres onok przedstawia łączne potrzeby kapitałowe europejskich banków, które latem 2011 r. objęte zostały testem warunków skrajnych przeprowadzonym przez EBA (European Banking Authorithy) w trzech różnych scenariuszach:

• EBA (przy założeniach przyjętych przez EBA): utrzymanie współczynników wypłacalności powyżej 5 proc. wymagałoby zasilenia banków w 2 mld EUR, a gdyby poprzeczkę zawieszono na poziomie 6 proc., byłoby to 10 mld EUR – test pomyślnie przeszło 91 proc. banków

• GIP (utrata wartości obligacji Grecji (-60 proc.), Irlandii (-40 proc.), Portugalii (-40 proc.)): banki potrzebowałyby 26 mld EUR (18 banków), aby współczynniki wypłacalności pozostały powyżej 5 proc. i dodatkowych 12 mld EUR, gdyby współczynnik ten musiał pozostać powyżej 6 proc. (kolejne 12 banków) – łącznie 38 mld EUR w 30 bankach, tzn. test oblało 35 proc. banków

• GIIPS (utrata wartości obligacji Grecji (-60 proc.), Portugalii (-40 proc.) i Irlandii (-40 proc.), Włoch i Hiszpanii (po -10 proc.)): 30 mld EUR przy poprzeczce na poziomie 5 proc. (27 banków) i kolejne 19 mld EUR przy współczynnikach wypłacalności powyżej 6 proc. (11 banków) – łącznie 49 mld EUR w 38 bankach (tylko 58 proc. badanych banków obeszłoby się bez dokapitalizowania).

Należy zauważyć, że powyższe dane nie oznaczają strat europejskiego sektora bankowego w trzech różnych scenariuszach, a jedynie niedobór kapitału u najsłabszych podmiotów. Straty przed opodatkowaniem w scenariuszu GIP wyniosłyby 69 mld EUR, a gdyby do Grecji, Irlandii i Portugalii dołączyły również Włochy i Hiszpania z 10 proc. redukcją zadłużenia, największe europejskie banki musiałyby zaabsorbować straty w wysokości 125 mld EUR. Symulacja przeprowadzona przez analityków Goldman Sachs wskazuje, że wariant GIP pochłonąłby od 3 proc. do 6,7 proc. funduszy własnych banków objętych testem (wg stanu na koniec 2010 r.). To jednak tylko efekt pierwszej rundy, a każdy inwestor, który jest obecny na rynku dłużej niż 3 lata wie, że takie ekstremalne zdarzenia nieuchronnie prowadzą do przeniesienia strat na kolejne podmioty powiązane z bankami, które w pierwszej kolejności dokonały odpisów.

Najpierw dokapitalizować, potem restrukturyzować dług

Ekspozycja banków na zagrożone obligacje nie jest równomierna wśród największych instytucji finansowych – najwięcej papierów greckich posiadają greckie banki (ok. 66 proc. ogółu), portugalskich obligacji najwięcej znajduje się w bilansach portugalskich banków (50 proc.) i podobnie ma się sytuacja Irlandii (47 proc. obligacji skarbowych będących w obiegu posiadają lokalne banki). To o tyle dobra wiadomość dla polskich banków, że nasz system bankowy jest niemal całkowicie oderwany odizolowany od rynków, które w przypadku negatywnego scenariusza w pierwszej kolejności doświadczą strat.

Przykładowo, w analizowanych scenariuszach zakładających 60 proc. redukcję wartości obligacji Grecji żaden grecki bank nie poradziłby sobie bez dokapitalizowania przy minimalnym akceptowalnym poziomie współczynnika wypłacalności na wysokości 5 proc., a w czterech greckich bankach wartość funduszy własnych po zaksięgowaniu strat spadłaby poniżej zera. To właśnie dlatego Unii Europejskiej zależy na jak najszybszym zwiększeniu rozmiaru Europejskiego Mechanizmu Stabilizacji Finansowej – bez wcześniejszego podniesienia kapitałów własnych greckich banków (najprawdopodobniej z tego źródła) restrukturyzacja długu Grecji będzie równoznaczna z destrukcją tamtejszego systemu bankowego. Lokalne instytucje finansowe posiadają bowiem ok. 66 proc. wszystkich wyemitowanych przez Grecję obligacji, co przy stratach szacowanych przez Goldman Sachs na 23,6 do 46,6 mld EUR obciąża grecki sektor bankowy stratami nie do udźwignięcia. Sytuację mogą dodatkowo pogorszyć klienci banków, jeśli zaczną wycofywać depozyty i przenosić oszczędności do skarpet i pod materace.

Wymuszona sprzedaż aktywów

W Tabeli 3. przedstawiłem wyniki symulacji zakładającej następujące odpisy wartości obligacji: Grecja (-60 proc.), Portugalia i Irlandia (po -40 proc. ), Hiszpania i Włochy (po -10 proc.), dokonane na portfelach papierów dłużnych przez zagraniczne podmioty kontrolujące 13 z 15 największych banków działających w Polsce. Na podstawie zawartych tu informacji możemy na przykład łatwo zidentyfikować portugalski bank, który właśnie stara się na wszelkie możliwe sposoby podnieść kapitały własne m.in. wystawiając na sprzedaż swoją spółkę-córkę – Bank Millenium. Banco Comercial Portugues w powyższym scenariuszu (GIIPS) straciłby na portugalskich obligacjach ok. 2,9 mld EUR, przez co jego współczynnik wypłacalności spadłby o 60 proc. i aby odbudować go do bezpiecznego poziomu 5 proc., bank musiałby pozyskać z rynku ok. 1,5 mld EUR świeżego kapitału. W tym konkretnym przypadku wszystko zależy od tego, czy Portugalia zdecyduje się na „strzyżenie” posiadaczy emitowanych przez nią obligacji – niemal bez znaczenia z punktu widzenia tej instytucji jest, jak zachowa się Grecja czy Irlandia.

Kiedy agencje ratingowe zaczęły się wnikliwie przyglądać stabilności finansowej francuskich banków, chcący powstrzymać wyprzedaż własnych akcji BNP Paribas zapowiedział inwestorom, że do końca 2012 r. zamierza sprzedać aktywa za ok. 90 mld EUR, aby podnieść współczynnik wypłacalności do poziomów nie wzbudzających niepokoju.

W łagodniejszym wariancie testu zakładającym brak strat poniesionych przez wierzycieli Hiszpanii i Włoch (scenariusz GIP), dokapitalizowania może wymagać Commerzbank, do którego należy trzecia największa grupa bankowa w Polsce (BRE Bank, mBank, Multibank). W tym przypadku bank musiałby odpisać straty rzędu 2,3 mld EUR, a jego współczynnik wypłacalności spadłby do poziomu 5,9 proc., czyli tylko nieznacznie poniżej wyższego progu bezpieczeństwa. Klienci polskich spółek-córek niemieckiego banku nie powinni się jednak niepokoić o swoje oszczędności, ponieważ w takim scenariuszu, aby przywrócić współczynnik wypłacalności powyżej 6 proc. Commerzbank potrzebowałby pozyskać od akcjonariuszy zaledwie 200 mln EUR, co nawet w warunkach skrajnej niepewności na rynkach dla tak wielkiego gracza prawdopodobnie nie stanowiłoby problemu. Warto również nadmienić, że niemieckie banki w ciągu ostatnich tygodni bardziej zdecydowanie niż konkurencja z innych państw redukowały zaangażowanie w obligacje czarnych owiec strefy euro i tworzyły rezerwy na poczet przyszłych strat. Commerzbank spisał już na straty jedną czwartą środków ulokowanych w greckie papiery dłużne (0,8 mld EUR z 3,1 mld EUR).

Bank bankowi nierówny

Na koniec przyjrzyjmy się ekspozycji największych międzynarodowych banków obecnych w Polsce na obligacje rządowe Grecji, Irlandii, Portugalii, Hiszpanii i Włoch. Słysząc ekonomistów i analityków wypowiadających się w mediach o problemach państw z grupy PIIGS można dojść do wniosku, że przygotowującym kolejne plany ratunkowe politykom chodzi wyłącznie o ocalenie instytucji finansowych z własnych państw. To duże spłycenie problemu, ponieważ struktura portfeli obligacji europejskich banków - gigantów różni się tak bardzo, że w rozwiązanie dobre dla niemieckich banków, może być gwoździem do trumny banków hiszpańskich czy włoskich.

Na obecnym etapie kryzysu w strefie euro nowych rozwiązań najaktywniej poszukują Francuzi, Włosi zachowują się co najmniej pasywnie, a hamulcowymi są Niemcy, ponieważ sam bank BNP Paribas ma większą ekspozycję na dług Grecji, Irlandii i Portugalii niż Deutsche Bank i Commerzbank razem wzięte. Angela Merkel jednak nie bez powodu od dłuższego czasu odbywa po kilka rozmów miesięcznie z premierem Grecji – w bilansach tych dwóch niemieckich banków jest bowiem więcej obligacji Grecji, Irlandii i Portugalii niż Hiszpanii. Gdyby zaczęto spekulować odnośnie wypłacalności Włoch, Francuzi podobnie, jak obecnie tryskaliby pomysłami (BNP Paribas i Credit Agricole mają ok. 35 mld EUR włoskich obligacji), ale z dużym prawdopodobieństwem można sądzić, że zeszliby na drugi plany, gdyby inwestorzy na dywanik wzięli Hiszpanię, której kondycja najbardziej niepokoi lokalne, hiszpańskie banki (Santander ma prawie 42 mld EUR ekspozycji na rządowy dług).