Na Euro 2012 chce zarobić każdy: hotelarze, restauratorzy, właściciele barów, handlowcy czy przewoźnicy. Spodziewamy się przecież 800 tys. kibiców, którzy mają do wydania 750 – 800 mln zł. Jest to więc dobry czas, by wywindować ceny. Jednak na tych podwyżkach cierpią przy okazji Polacy, którzy muszą więcej niż dotychczas płacić za te same towary. W samych sklepach, przy stadionach i strefach kibica ma być drożej przynajmniej o 10 – 15 proc., co powoli zaczyna być odczuwalne. Najbardziej w segmencie alkoholi i napojów, ale już wiadomo, że zdrożeją wszystkie produkty pierwszej potrzeby, czyli te, które zawsze się sprzedają – rotujące. 

Restauratorzy przyjęli podobną strategię, podnoszą ceny alkoholi, w tym głównie piwa, oraz najpopularniejszych dań mięsnych, które mogą cieszyć się największym wzięciem wśród kibiców, czyli karkówki, golonki, kiełbasy czy tradycyjnego polskiego schabowego. Ceny wywindowali też hotelarze, bez względu na to, skąd pochodzą goście. Tak więc do końca czerwca za pokój w miastach, w których będą mecze, trzeba średnio płacić od 20 do 50 proc. drożej. Przedsiębiorcy odbijają więc sobie niskie marże z poprzednich miesięcy. A dowodem na to może być fakt, że w ubiegłym roku i pierwszych miesiącach tego, pomimo dużo wyższej dynamiki inflacji PPI, czyli producenckiej, inflacja CPI była znacznie niższa. – Spadają ceny towarów wykorzystywanych w przemyśle, drożeją surowce żywnościowe. Taka mieszanka wskazuje na spowolnienie gospodarcze i utrzymywanie się tendencji inflacyjnych – uważa Roman Przasnyski, analityk Open Finance.

Drogo po mistrzostwach

Czy zatem wyższe ceny obowiązywać będą też po zakończeniu mistrzostw? Usługi hotelowe i restauracyjne na pewno potanieją. Hoteli w Polsce dzięki inwestycjom przed Euro 2012 mamy już 2,1 tys., jest więc konkurencja. Natomiast liczba turystów przyjeżdżających do Polski rośnie powoli. Według wstępnych prognoz Instytutu Turystyki w tym roku do naszego kraju przyjedzie 13,5 mln cudzoziemców. To zaledwie o 200 tys. więcej niż w 2011 r. W kolejnych latach to tempo wzrostu ma być utrzymane. – Zmusi to hotelarzy do ostrej walki o klientów. Zwłaszcza że już obecnie wielu z nich działa na granicy opłacalności – podkreśla Andrzej Szafrański, ekspert rynku hotelowego. Wielu z nich jest już na to przygotowanych. Jak dodaje Agnieszka Rog-Skrzyniarz z ekskluzywnej sieci Starwood Hotels & Resort, przy małym obłożeniu w obiektach tej sieci obowiązuje już cena 400 zł za pokój, a przy wysokim 1 tys. zł. Najmniejsze ruchy cenowe będą widoczne na razie w kurortach. Po wakacjach jednak hotelarze nie wykluczają spadku cen o kilkadziesiąt procent.

Eksperci nie mają też wątpliwości co do tego, że ceny będą musiały obniżyć też małe sklepy w centrach miast, by w kolejnych miesiącach nie stracić klientów. – Niestety ze względu na wzrosty cen wielu surowców i kosztów pracy ceny w sklepach mogą nie powrócić do poprzedniego poziomu – dodaje Andrzej Gantner. Z analizy Open Finance wynika również, że od lutego tego roku widoczne jest wyraźne zróżnicowanie tendencji w poszczególnych segmentach rynku towarowego. Zdecydowanie tanieją surowce używane w przemyśle i związane z cyklem koniunktury gospodarczej oraz popytem inwestycyjnym. W górę idzie zaś większość surowców rolnych, wykorzystywanych do produkcji żywności. Tylko w kwietniu produkty zbożowe podrożały o 2,6 proc., mleko sery i jaja o 10,6 proc., tłuszcze o 6,4 proc. Do tego wieprzowina o 11 proc., a ryby o ponad 10 proc. Eksperci rynku rolnego już zapowiadają, że w kolejnych miesiącach zboża jeszcze podrożeją. Powód? Ostatnia zima. Był duży mróz, ale nie było śniegu, który otuliłby oziminę. W efekcie znaczna jej część wymarzła.

Zbiory będą niższe, a popyt nie. To musi odbić się na cenach towarów produkowanych ze zbóż. – Istnieje więc duże zagrożenie, że towary, przy produkcji których wykorzystywane jest zboże, zdrożeją o kilka procent. Mowa nie tylko o mące, wyrobach piekarniczo-cukierniczych, czy makaronach, ale o drobiu i mięsie, bo w tej branży stosować trzeba będzie droższe pasze – wyjaśnia Andrzej Gantner, dyrektor generalny Polskiej Federacji Producentów Żywności. Drożeją także napoje. Wody i soki tylko w kwietniu, licząc rok do roku, podrożały o 2,7 proc., alkohol o 0,8 proc. Te wzrosty można m.in. wiązać z nadzieją na wzrost popytu podczas Euro 2012 i podczas wakacji. Na wzrost popytu liczą szczególnie producenci piwa, choć wzrost cen nie będzie ich zasługą, tylko sklepów i restauracji.

– Zapotrzebowanie w tym czasie na piwo będzie nieporównywalnie większe niż normalnie o tej porze roku. Zamówienia z hurtowni i sklepów na czerwiec są nawet o kilkadziesiąt procent wyższe. Wszyscy robią zapasy. Popyt wzrósł w całym kraju, ale najbardziej oczywiście w miastach, w których będą rozgrywane mecze. W nich powstają też specjalne punkty gastronomiczne, w których pojawią się nasze produkty. W czasie mistrzostw z naszego zakładu wyjedzie o 30 proc. więcej piwa więcej niż zwykle w czerwcu – mówi Marek Skrętny, szef marketingu w Browarze Amber.

Cukier i bawełna tanieją

Do nielicznej grupy towarów spożywczych, które nie drożały, a taniały, należą cukier – spadek r./r. o niemal 19 proc., kawa i herbata – o 9,5 proc. To one znajdujące się w czołówce dziesiątki najbardziej taniejących w ostatnich miesiącach surowców. – W obu przypadkach mamy jednak do czynienia z trwającym kilkanaście miesięcy okresem korygowania rekordowo wysokich notowań – mówi Roman Przasnyski. Bawełna, której notowania przodują w spadkach, co prawda rośnie na polu, ale zalicza się do surowców przemysłowych. Główna przyczyna przeceny tego surowca to spadek popytu w Chinach. W tym przypadku związek między spadkiem cen a spowolnieniem gospodarczym jest oczywisty.

Jednak dzięki temu spadają także ceny odzieży w Polsce – w kwietniu o 2,7 proc. r./r. – Uważam, że w najbliższym okresie ceny ubrań pozostaną na poziomie zbliżonym do obecnego. Choć cena odzieży widziana przez klienta nie wynika z prostego przeliczenia ceny zakupu u producenta zwiększonej przez marżę firmy prowadzącej sklepy detaliczne. Jest ona także pochodną sytuacji rynkowej, strategii danej firmy detalicznej w zakresie pozycjonowania produktu czy też w końcu kondycji finansowej firmy – zauważa Dariusz Pachla, wiceprezes zarządu spółki LPP. Jak tłumaczy, obecnie istnieją podstawy, aby oczekiwać, że dostawca powinien oferować nam niższe ceny przy spadku ceny bawełny.

Jednak w interesie dostawcy jest także zwiększać ceny swoich wyrobów z powodu wzrostu kosztów siły roboczej. – Ponieważ rozliczamy się z tymi dostawcami, regulując swoje zobowiązania w dolarach, można uznać, że podniesiemy ceny dla klienta, gdy drożeje dolar względem złotówki. Wszystkie te wymienione czynniki są jednak weryfikowane przez rynek. Nie można ich wprost uwzględniać w cenie, ponieważ klienci nie przyjmą ich zbyt rosnącego poziomu – zaznacza Dariusz Pachla. Jeszcze bardziej przecena widoczna jest na rynkach ropy naftowej i miedzi.

– Co prawda ich notowania w ciągu ostatnich kilkunastu tygodni poszły w dół o 12 – 15 proc., a więc sporo mniej niż w przypadku bawełny, ale znaczenie gospodarcze tych surowców i ich wrażliwość na wahania koniunktury są nieporównanie większe – zaznacza Przasnyski. Analizując sytuację na rynkach surowcowych, zwraca uwagę na trzy zjawiska. Po pierwsze, uwzględniając stan i perspektywy koniunktury gospodarczej w ujęciu globalnym, notowania między innymi ropy naftowej czy miedzi wydają się jeszcze zbyt wysokie. Trwający od lutego spadek cen tych surowców zbiegł się z rozpoczęciem korekty na rynkach akcji i ma związek z umocnieniem dolara. Od końca lutego amerykańska waluta umocniła się wobec euro o 6,5 proc.

To wystarczający powód do spadku notowań w obecnej skali. Coraz bardziej wyraźne spowolnienie tempa wzrostu chińskiej gospodarki, sygnały wskazujące na głębszą i dłuższą recesję w strefie euro oraz powolne wychodzenie z zapaści w Stanach Zjednoczonych to czynniki sugerujące możliwość dalszej przeceny na rynku ropy i miedzi oraz innych surowców przemysłowych. Jednak surowce tanieją tylko w walucie, w której są notowane, czyli ulgę odczuwa z tego powodu jedynie gospodarka amerykańska. Dla Europy i reszty świata surowce pozostają drogie z powodu umocnienia dolara. Najlepszą i najbardziej dotkliwą ilustracją tego zjawiska jest sytuacja na naszych stacjach benzynowych. Choć na giełdach notowania ropy naftowej spadły z ponad 125 dol. za baryłkę do nieco ponad 105 dol., liczniki dystrybutorów nadal wskazują ceny zbliżone do 6 zł za litr paliwa.

Trudno się temu dziwić, skoro dolar od końca lutego podrożał wobec złotego o 13,5 proc. W konsekwencji eksploatacja prywatnych środków transportu, czyli po prostu samochodów, wzrosła przez rok już o ponad 11 proc. Przejazdy komunikacją miejską zaś o niemal 12 proc. Jeśli do tego dodamy podwyżki cen regulowanych – energii elektrycznej, gazu, które przez rok zdrożały odpowiednio o 5,9 proc. i 14,9 proc. – co w bezpośredni sposób przekłada się na opłaty za mieszkania, możemy stwierdzić, że drożyzna, którą odczuwają gospodarstwa domowe, jest znacznie większa niż średnia stopa inflacji wynosząca 4 proc. I tak niestety może pozostać.