Opublikowane w sieci, czyli do swobodnego wykorzystania – tak wydaje się wydawcom, przedsiębiorcom czy serwisom internetowym. Publicystyka blogerów, opisy produktów dostępnych w e-sklepach, a nawet, jak się okazuje, autorskie przepisy kucharskie z serwisów kulinarnych wędrują bez zgody ich autorów do innych mediów. Autorzy się skarżą – to kradzież.

– Mówię: dość kopiowania moich słów i sprzedawania ich. Nie będę dłużej machała na to ręką – zarzeka się na kulinarnym blogu White Plate Eliza Morawska, w internetowym świecie znana jako Liska. Czarę goryczy przelało ukazanie się książki kucharskiej autorstwa dietetyczki Magdaleny Makarowskiej „Jedz pysznie... razem z dzieckiem”. Lisce i innym kulinarnym blogerom czytelnicy zaczęli wysyłać alarmujące wiadomości: książka pełna jest przepisów zbieżnych z tymi, które pojawiły się na ich blogach. Sprawa stała się głośna. Do tego stopnia, że wydawnictwo Feeria, które wydało książkę Makarowskiej, mimo zapewnień autorki, że świadomie nie splagiatowała przepisów, zdecydowało się na wstrzymanie sprzedaży.

– Nie wprowadzamy do obrotu, prosiliśmy punkty sprzedaży o zwroty. Już zniknęła z Merlina czy Empik.com – mówi prezes wydawnictwa Jacek Kaszyk. Teraz wyjaśnia sprawę. Trwają spotkania z autorami blogów, którzy uważają, że ich przepisy pojawiły się w książce. Wydawnictwo chce załagodzić sprawę, rozważa m.in. dopisanie blogerów jako współpracowników czy przekazanie im części honorarium.

Kaszyk zapewnia, że po raz pierwszy od kilkunastu lat, od kiedy działa ich Feeria, doszło do takiej sytuacji. Jednak kulinarne blogerki skarżą się, że to nie jest pierwsze wydawnictwo, z którym mają podobne problemy. Ich przepisy regularnie pojawiają się w komercyjnych serwisach, magazynach, a nawet, jak widać, w książkach kucharskich.

Nie tylko autorka znanych przepisów walczy o swoje prawa. Kilka dni temu w sieci zrobiło się głośno o potyczce między blogerem Michałem Gąsiorem a znanym specem od marketingu politycznego Erykiem Mistewiczem. Bloger oskarża Mistewicza o kradzież, bowiem ten opublikował jego artykuł w swoim kwartalniku bez uprzedniego zapytania go o zgodę. Mistewicz broni się, że był to list do redakcji, więc miał prawo go wykorzystać. – Nie znam bloga pana Gąsiora, a tekst był w formie listu jako odpowiedź na mój artykuł – argumentuje Mistewicz. Problem w tym, że artykuł, jak zapewnia Gąsior, został wysłany do innego magazynu i tamteż opublikowany. I nie przekazywał go do pisma Mistewicza. – Wysłałem swój tekst do „Forbesa”, został opublikowany jako artykuł, ale wszystkie tego typu artykuły umieszczono w sekcji polemika do tekstu Eryka Mistewicza – tłumaczy nam Michał Gąsior. Na swoim blogu zastanawia się, czy nie zwrócić się ze sprawą do sądu.

Wydawać by się mogło, że sprawa w takich sytuacjach jest jasna. Prawo autorskie przecież działa także w sieci. – Też nam się tak wydawało – wspomina Joanna Gawlikowska, współwłaścicielka sklepu internetowego z luksusowym wyposażeniem wnętrz Smakprostoty.pl. – Jakiś czas temu zauważyliśmy, że opisy sprzedawanych przez nas produktów hulają po internecie, są przekopiowywane przez inne sklepy lub serwisy wnętrzarskie. Początkowo myśleliśmy, że wystarczy zwrócić uwagę ich właścicielom, że kradną naszą własność. Bo przecież takie rozbudowane z artystyczną nutą opisy jak w naszym sklepie to także twórczość – dodaje. Szybko jednak okazało się, że na prośby reagują nieliczni. Smakprostoty.pl ruszył więc na wojnę. Sprawa trafiła na policję i do prokuratury. Śledczy uznali, że jest podstawa do wszczęcia sprawy. Na przesłuchania wezwano administratorów kilkunastu serwisów.

Jednak do procesu nie doszło. – Biegły ekspert starszej daty ocenił, że nasze opisy były zbiorami wyrazów będących w powszechnym użyciu. Prokuratura załamała ręce i uznała, że łatwiej jest już ścigać za ciężkie zbrodnie, jak morderstwo, niż takie gospodarcze przestępstwo – żali się Gawlikowska.

Ta walka jednak im się opłaciła. Konkurencja już kontent ze strony tego sklepu omija szerokim łukiem. Jak na razie to być może jedyny sposób walki o szanowanie praw autorów, którzy zamieszczają treści w internecie. Bo ich ochrona nie jest uregulowana w prawie autorskim.

Prawa autorskie nie odnoszą się do całości internetowej twórczości

Zdjęcia, grafiki, utwory muzyczne czy filmowe są z automatu chronione przez prawo autorskie, nawet jeżeli opublikowano je w internecie. Sytuacja jest bardziej skomplikowana w przypadku utworów tekstowych umieszczanych w sieci. Jeżeli nie są tekstami prasowymi, nie podlegają ochronie prawa prasowego. Dodatkowo w przypadku publicystyki internetowej pojawia się prawo do przedruku pozwalające na rozpowszechnianie informacji ważnych z punktu widzenia społecznego, politycznego czy gospodarczego.

Także ochrona wynikająca z prawa autorskiego jest w przypadku autorów blogów czy innej twórczości internetowej mocno ograniczona. Choćby wspomniany problem przepisów kucharskich. Blogerzy musieliby udowodnić, że nie są one powszechnym dorobkiem kultury kulinarnej, tylko dziełem autorskim.

Osoby, które czują się poszkodowane, mogą także powoływać się na ustawę o ochronie baz danych, jeżeli prowadzone przez nie serwisy agregują większe ilości informacji. W takim wypadku jednak rozpowszechniany musiałby być znaczny odsetek kontentu, np. sto spośród tysiąca przepisów. Nie chroni internetowych autorów także wpisywanie klauzul w rodzaju „nie zezwalam na kopiowanie i rozpowszechnianie zawartości bloga/forum/serwisu”. Za to większe szanse mają autorzy treści komercyjnych, które są podstawą prowadzonej przez nich działalności gospodarczej, np. opisów ze stron internetowych. Gdy te zostaną wykorzystane w celach zarobkowych przez osoby trzecie, może to być podstawą do procesu o nieuczciwą konkurencję.