Polska Grupa Energetyczna uregulowała opłatę za wydanie pozwoleń na wznoszenie i wykorzystywanie sztucznych wysp na morzu dla trzech morskich farm wiatrowych. Taką informację przekazał nam wczoraj Michał Kucaj, rzecznik PGE Energia Odnawialna. Termin na wniesienie opłaty upływał 1 sierpnia.

Nieoficjalnie wiadomo, że nowy zarząd PGE z Krzysztofem Kilianem na czele jest niechętny inwestowaniu w morską energetykę wiatrową. Zdaniem kierownictwa koncernu przeciągające się prace nad nową ustawą o odnawialnych źródłach energii, która zdecyduje o poziomie wsparcia dla morskiej energetyki wiatrowej, powodują, że inwestycja nie jest pewna. Ostatecznie zarząd PGE uznał jednak, że oddanie Bałtyku bez walki nie wchodzi w grę.

W piątek Ministerstwo Gospodarki ujawniło, że do każdej megawatogodziny energii wytworzonej na morzu gotowe jest dopłacić producentowi 510 zł. Tylko duże elektrownie wodne i fotowoltaika (energia ze słońca) mogą liczyć na więcej. Takie wsparcie ma zachęcić inwestorów do ponoszenia nakładów, jakich wymaga morska energetyka wiatrowa. Na budowę 1 MW mocy potrzeba aż 3 mln euro. W przypadku PGE, która w strategii obiecała inwestorom wybudowanie do 2025 r. 2000 MW w morskim wietrze, nakłady mogą sięgnąć 25 mld zł.

Produkować energię na Bałtyku chce też Polenergia kontrolowana przez Jana Kulczyka. Spółka wniosła już opłatę koncesyjną na budowę 1200 MW. W wyścigu po megawaty z morza Polenergia wyprzedza PGE: jako pierwsza złożyła do PSE Operatora, wniosek o przyłączenie nowych mocy do sieci. Jeśli otrzyma pozytywną decyzję, wyczerpie możliwości operatora do 2020 r., a PGE ze swoimi inwestycjami będzie musiała poczekać.

Z szacunków Fundacji na rzecz Energetyki Zrównoważonej wynika, że w Polsce do 2030 r. realnie mogłoby powstać ok. 6000 MW mocy z morskich farm wiatrowych.