Art & Business: Jak Pana powitać, jako nowojorczyka w Warszawie, czy warszawiaka mieszkającego w Nowym Jorku?

Stanisław Młodożeniec: Najlepiej jako Szawa Nowego Waryorka… (śmiech). Wychowałem się w Warszawie. W Łazienkach chodziłem do Liceum Plastycznego, na Szwoleżerów. Dawno temu była tam szkoła podchorążych, teraz jest Muzeum Wychodźstwa Polskiego. Odwiedziłem niedawno ten budynek, spotkałem się z dawnymi kolegami z klasy. Na chwilę poczuliśmy się jak za starych czasów. My, dziś pięćdziesięciolatkowie, rozbiegliśmy się po tych szacownych muzealnych salach. Pokazywaliśmy sobie – tu była nasza klasa, tu paliło się fajki. Kustosze pękali ze śmiechu. A tu, obok waszej redakcji za studenckich czasów chodziło się do starej Harendy... „Ach, nie jest się poważnym w siedemnastej wiośnie./Wieczorem, wśród bomb piwa, szklanek lemoniady…” – to Rimbaud. Rozmowy, dyskusje, słuchaliśmy songów i opowieści bardów tego miasta. Spotykaliśmy się z przyjaciółmi z ASP, uniwerku. A Akademia jest tuż za rogiem. Mnóstwo wspomnień.
A Nowy Jork to już połowa mojego życia, mieszkam tam od 1984 roku. Na początku, zaraz po przyjeździe, pracowałem jako kurier rowerowy. Szybko poznałem miasto, setki miejsc. Raz zawoziłem przesyłkę do Keitha Richardsa, innym razem Billego Prestona, na West Broadway migał czasem Warhol z Basquiatem i Haringiem; woziłem masę listów, paczki, raz ogromnego mrożonego marlina do hotelu Sutton. W NYC wychowały się moje dzieci. Mam swoje miejsce, mieszkam na północnym Manhattanie, tam gdzie Harlem River łączy się z Hudsonem. Czasem patrzę na tę rzekę jak na Wisłę, na Central Park jak na Łazienki. Jestem warszawiakiem, a w Nowym Jorku czuję się new yorkerem...

A&B: Stał się Pan po trosze kronikarzem tego miasta…

SM: Temat „miasto” był zawsze ważny w mojej robocie. Malowałem ulice, bazary, wesołe miasteczka i potem w Nowym Jorku – rzekę, park, rowery, miejsca i ludzi. Ostatnio narysowałem trochę rzeczy warszawskich na wystawę w Galerii Grafiki i Plakatu na Hożej. W Warszawie interesuje mnie to, co zachowało jeszcze ducha tego miasta, tak jak je zapamiętałem. Sporo rzeczy zmieniło powłokę, wiele z nich wygląda świetnie, na przykład tu obok nas – Krakowskie Przedmieście. Ale wiele traci swój charakter. Mnie interesują te, które jeszcze go nie straciły. Parki, Wisła, działki, zajezdnia tramwajowa, szyldy. A Nowego Jorku faktycznie dużo na moich obrazach. Miałem czas, żeby mu się przypatrzyć, dzięki przyjaciołom udało mi się wyjechać z Polski w 1983 roku i trafiłem tam po krótkim pobycie w Paryżu. Nie maluję zdarzeń, raczej wrażenia, pstrykam tony zdjęć i z tych ciekawszych mam tematy, materiał do pracy.

A&B: Wystawę na Hożej otwarto 24 sierpnia. Ma tytuł „Jan, Piotr, Stanisław… Młodożeniec”. Nie unikniemy chyba pytania o Pana artystyczną dynastię?

SM: Wychowałem się w domu pełnym farb, książek o sztuce. Pracownia, wielki stół, przy nim sylwetka pracującego ojca. Ściana z kolorowym cyrkiem, który ojciec wyrysował nam świecowymi kredkami Bambino. W młodych latach ważna była poezja – czytałem Rimbauda, Baudelaire’a, a z naszych poetów Wojaczka, Śliwonika. Moja babcia Wanda Arlitewicz była malarką, opowiadała dużo o dziadku poecie, poznałem wiersze futurystów: Jasieńskiego, Czyżewskiego i dziadka. Kiedy w 1957 roku dziadek wracał z Anglii, miałem 4 lata. Rok później zmarł, ale zapamiętałem go. Pamiętam, że dałem mu wtedy swój rysunek – fioletowego ludka siedzącego w żółtej wannie, wszystko na czerwonym tle. Jest w tomie „Wierszy wybranych” wiersz „Wyskok”, jego fragment brzmi tak: „dobry kolorowy bóg/rozrzucił malowane cacka, –/abym się bawić mógł –/wiec bawię się i cieszę się jak łobuz,/podrzucam pędzel do najwyższych pięter –/myślom na gwiazdach rozłożyłem obóz,/głowę na słońcu a na księżycu opieram pięty...”. Wpisałem to niedawno w obraz na planie koła. W inny obraz, z moim liceum wplotłem fragment wiersza „Melancholia”. Idzie to tak: „Dziewczyny marząc mają długie rzęsy / melancholijna śpiewność palce im wyciąga / gdy je zapytasz tylko rzęsą trzęsą / rozkapryszone leżą na szezlongach”. Gdy robiłem dyplom z malarstwa, na Wydziale Grafiki zaczął studiować mój brat Piotrek. Został grafikiem, maluje tez obrazy i bardzo lubię jego robotę.

A&B: Na niektórych Pana obrazach znajdziemy więc fragmenty poezji, na innych widać formy, w których niektórzy dopatrują się alfabetu jakiegoś hermetycznego języka…

SM: Naprawdę? W takim razie byłbym bardzo ciekaw, co z tych liter wyczytują. Jakie emocje? Co im te obrazy mówią.

A&B: Na innych jest z kolei muzyka.

SM: Zawsze była ważna. Na początku, jeszcze w Polsce był rock, jazz i reggae. Słuchaliśmy tego w Warszawie i myśleliśmy oczywiście o Stanach. Słuchając gigantów, Milesa Davisa, Duke’a, Johna Coltrane’a, Theloniousa Monka, porównywałem ich do Pollocka, de Kooninga czy Marka Rothko. Coś jak Coltrane i Velázquez na koncercie Edith Piaf... Gdy pracuję, w moim studio zawsze leci jakaś muzyka. To pewnie się jakoś przekłada na obrazy. Obraz „muzyczny” zaczyna się zwykle od tytułu, dajmy na to „June boogie”, i to go określa, komponuje. Malowałem Rolling Stonesów, Beatlesów, Dylana, King Oliver Band i Jelly’ego Rolla Mortona. Jeśli chodzi o serie obrazów nieprzedstawiających, boję się czasem, że to taka muzyczka łatwa, lekka i przyjemna. Lubię, jak coś się uda – brzmi jazzem, jest w tym wolność, oddech, improwizacja. Zdecydowanie za mało w moich obrazach nut muzyki poważnej, protest songów, ale pewnie przyjdą i takie.

A&B: Bywa, że obrazy maluje Pan z fotografii…

SM: Tak, od bardzo dawna lubię zdjęcia, oglądam albumy, sam robię dużo zdjęć i potem impresje z nich „obrazkuję”.

A&B: Kogo ma Pan na myśli, mówiąc o swoich osobistych wielkich mistrzach?

SM: Moimi bogami byli zawsze Picasso, Bruegel, Bosch, Vermeer, Velázquez i Goya. I Cézanne! Najbliżsi sercu byli: Modigliani, Utrillo, Soutine. Ważne dla mnie było to, co działo się w sztuce w Stanach po drugiej wojnie światowej. Pollock, de Kooning. I wielki Rothko. Liechtenstein, Warhol. Wśród malarzy polskich – Tade Makowski, Strzemiński, Nikifor, Cwenarski, Wróblewski, Nowosielski. Są obrazy, które działają na mnie magicznie, między innymi: „Chrzest Chrystusa” Piera della Franceski, „Alegoria z Wenus i Kupidynem” Bronzina, „Dziewczyna w czerwonym kapeluszu” Vermeera, „Most w Clichy” van Gogha, „Broadway Boogie Woogie” Mondriana, obrazy Rothki… ...zaczarowane obrazy.

A&B: A jaki wpływ na Pana formację artystyczną miała warszawska akademia?

SM: Akademia to był piękny czas. Studiowałem najpierw w pracowni profesora Michała Byliny. Potem uczyłem się pod kierunkiem Jacka Sienickiego. Obydwu wspominam ciepło. A także profesora Kruczkowskiego na rysunku, asystentów Marka Sapetto, Wiesława Szamborskiego i profesor Halinę Chrostowską na Wydziale Grafiki Warsztatowej. W jej pracowni nauczyłem się robić akwaforty, akwatinty, linoryty. Wyrzucam sobie trochę, że nie uczyłem się technik malarskich, był świetny, lubiany profesor Wojciechowski, a ja w tym czasie jurnym i durnym myślałem sobie, że wolę eksperymenty. No i wiele moich obrazów się „obraziło” – sczerniały, posypały się. Kilka udało mi się odratować, ale metodami chyba nie bardzo profesjonalnymi, bo na przykład klejem poliuretanowym.

A&B: Czy mógłby Pan wskazać jakieś punkty zwrotne na Pana malarskiej drodze?

SM: Na przełomie dwudziestego i dwudziestego pierwszego wieku zacząłem dużą i długą, bo kontynuowaną do teraz, serię kompozycji kolorystycznych, nazywam je próbami abstrakcji. W międzyczasie, chyba od 2004 roku ciągnę serię małych obrazków malowanych po kilka na papierze kredowym, o formacie 56 na 70 centymetrów Nazwałem je „flash brushes”, migawkami błyskawicznego pędzla. Zabawa polega na szybkim, a la prima przemalowaniu kilku – sześciu, dziewięciu – motywów na papier. Namalowałem już wiele tych „fleszbraszy” i lubię je robić.

A&B: Odnoszę wrażanie, szczególnie po prezentacji Pana prac w CSW w marcu 2011 roku, że Pana sztuka jest bardzo różnorodna, maluje Pan abstrakcyjnie, ale zdarzają się też prace figuratywne, są rzeczy kolorystyczne, graficzne, jest w końcu rysunek. Na ile to zamierzone? Nie może się Pan zdecydować na jedną ścieżkę?

SM: Może zabrzmi to trochę kokieteryjnie, ale wciąż nie czuję, że nadszedł u mnie moment artystycznego wydoroślenia. A przecież maluję już długo. Fakt, wciąż mną buja to tu, to tam. Ciągle się czuję pomiędzy pracą a zabawą. Robię jedno, maluję coś w określony sposób, potem zainteresuję się czymś innym i potrzebuję zmiany. Jak dziecko. Porzucam dany sposób na chwilę, by po jakimś czasie do niego wrócić. Ale patrzę w tył i widzę, że zawsze tak było: kilka ścieżek – realizm, zabawy kolorami, próby abstrakcji, portret. Lata sprawiły, że przestałem wyrzucać sobie brak konsekwencji. Wierzę, że idę drogą pełną niespodzianek i że jest to dobra droga.

Zdjęcia: Błażej Żuławski