Po latach spotyka się trzech kumpli z podstawówki. Jeden jest menedżerem i zarabia 30 tys. zł miesięcznie, drugi pracuje w urzędzie za jedną szóstą tej sumy, a trzeci ledwo wiąże koniec z końcem za jeszcze mniej. Dlaczego ich losy potoczyły się tak odmiennie? Chcemy wierzyć, że zdecydowały uzdolnienia, edukacja czy pochodzenie. Ale najpewniej był to zwykły przypadek.

Przypadki, które decydują o naszej finansowej przyszłości, zaczynają się na długo przed naszym wkroczeniem w dorosłość. Badacze z Uniwersytetu w Bristolu odkryli niedawno, jak bardzo zarobki dzisiejszych 30-, 40-latków zależą od tego, czy ich rodzice poradzili sobie w czasie głębokiej recesji, która nawiedziła Wielką Brytanię na przełomie lat 70. i 80. Bezrobocie na Wyspach utrzymywało się wówczas na poziomie kilkunastu procent, a inflacja przez dłuższy czas zbliżała się do wartości dwucyfrowych. Efekty tamtego kryzysu są do dziś widoczne. Dzieci rodziców, którzy stracili wtedy pracę, statystycznie zarabiają o ok. 3 proc. mniej niż ich rówieśnicy z rodzin, którym udało się przetrwać recesję bez tak negatywnych doświadczeń.

Według Tine Eriksen, Helene Nielsen oraz Marianne Simonsen z uniwersytetu w duńskim Aarhus jeszcze więcej zależy od tego, czy ktoś był lubiany w szkole podstawowej. – Jeśli klasowy nicpoń uwziął się na ciebie i nieustannie zamieniał ci życie w piekło, twoje zarobki są niższe od zarobków rówieśników – przekonują, powołując się na dane statystyczne. Jednocześnie szwedzkie badania pokazują kolejną szkolną zależność: jeśli twoja klasa była zbyt liczna, nie masz co liczyć na dobre wyniki w dorosłym życiu. Oczywiście o szansach na rynku pracy decyduje nie tylko to, gdzie i jak się uczyłeś, ale również to, jak wyglądasz. Najnowsze badanie Kariny Dooley i Evy Sierminskiej z luksemburskiego instytutu CEPS/INSTEAD przypomina starą prawdę: uroda pomaga. Zarówno kobietom – szczególnie na słabiej płatnych stanowiskach, jak i mężczyznom – niezależnie od szczebla i etapu kariery. W przypadku mężczyzn działa również zasada: im wyższy, tym lepiej opłacany.

To jednak jeszcze nie wszystko: kluczowy dla przyszłych zarobków jest również sam moment wejścia na rynek pracy. Najgorzej, jeśli splótł się z czasem recesji. Paul Gregg z Uniwersytetu w Bristolu jeszcze przed obecnym kryzysem dowodził, że jeśli ktoś doświadczył bezrobocia przed trzydziestką, to jego zarobki w wieku 42 lat będą średnio o 12 – 15 proc. niższe od szczęśliwca, którego życie ułożyło się bardziej pomyślnie. I jak w tej sytuacji można mówić o równych szansach? Przecież zarówno zaradność rodziców, wielkość klasy w podstawówce czy aktualna koniunktura nie mają nic wspólnego z uzdolnieniami. To przecież czysty przypadek.

Przypadek? Nie zdziwię się, jeśli szanowny czytelnik skrzywi się na sam dźwięk tego słowa. Im więcej w życiu osiągnęliśmy, tym mocniej oburzamy się na takie dictum. To nic innego jak mechanizm obronny sprezentowany nam przez matkę naturę. Psychologowie nazywają go hipotezą sprawiedliwego świata. Wiara, że w pewnym sensie każdy ma to, na co zasłużył, jest klinicznym przykładem błędu poznawczego. Nawet najbardziej konserwatywni ekonomiści z Friedrichem Haykiem na czele nie ukrywali, że jest to twierdzenie kompletnie pozbawione podstaw. A jednak. Bez hipotezy sprawiedliwego świata nie sposób wyobrazić sobie dobrze funkcjonującej gospodarki. Bo właśnie wiara w to, że bez pracy nie ma kołaczy, pcha nas do przodu. A z nami całe społeczeństwo. Wierzymy, że każdy jest kowalem swojego losu, choć to prawdopodobnie bzdura. I właśnie tak jest dobrze.