Inwestowanie ma z pewnością sens. Walory edukacyjne tej czynności są niepodważalne, bo wymusza ona na inwestorze zdobywanie wiedzy teoretycznej o mechanizmach funkcjonowania gospodarki i rynków finansowych oraz praktycznej o wadach i zaletach poszczególnych rodzajów instrumentów finansowych. Zgoła inaczej jest z zyskami: mogą się pojawić, ale nie muszą. Wszystko zależy od tego, czy w odpowiednim momencie podejmiemy właściwą decyzję – co oczywiście łatwe nie jest.

Problem w tym, że na drodze inwestowania nabywa się pewne uprawnienia – a może nawet władzę w określonym zakresie – i nierzadko nie można z nich skorzystać. Z przyczyn obiektywnych, jak to się ładnie mówi.

Dwa przykłady z życia. Pierwszy. Jako posiadacz tytułów uczestnictwa funduszy luksemburskich znanej międzynarodowej firmy zarządzającej aktywami otrzymałem – uwaga, ważne – 25 lipca zaproszenie na walne zgromadzenie, podczas którego będą się decydować losy kadry zarządzającej. Uwaga, to też ważne: zaproszenie przyszło pocztą. Zgromadzenie odbywa się co roku w Luksemburgu. Oczywiście zdziwiłbym się, gdyby rzeczywiście pojawiali się na nim masowo posiadacze tytułów uczestnictwa o wartości mniejszej niż jeden i sześć zer. Mogą oni jednak wyznaczyć pełnomocnika i powiedzieć mu, jak ma głosować podczas poszczególnych punktów obrad. W tym roku mogli to zrobić do 24 lipca do 17.00.

Termin jednak minął i nawet gdybym chciał, nie mógłbym już tego zrobić. Przedstawiciel szacownej instytucji zarządzającej aktywami nie umiał mi wyjaśnić podczas rozmowy telefonicznej, dlaczego doszło do takiej sytuacji. Zaproponował, bym wysłał zapytanie w tej sprawie do luksemburskiej spółki, z której otrzymałem list. Niektórzy mogą powiedzieć: wina poczty, na pewno tej polskiej. Ale czy wielka firma zarządzająca miliardami aktywów nie powinna brać pod uwagę takich sytuacji i powiadamiać o wszystkim swoich klientów drogą elektroniczną lub telefoniczną? A jeśli prawo wymaga wysyłania listu – z odpowiednim wyprzedzeniem wysyłać informacji pocztą?

Przykład drugi. Czy zdają sobie Państwo sprawę, że można być mniejszościowym akcjonariuszem polskiej upublicznionej spółki posiadającym ponad 5 proc. jej papierów i nie mieć absolutnie żadnego wpływu na to, co się w niej dzieje? Chodzi mi o możliwość zwołania walnego zgromadzenia. Otóż w przypadku gdy zarząd – załóżmy, że działa w porozumieniu z większościowym akcjonariuszem – odmówi zaordynowania WZA na wniosek mniejszościowego akcjonariusza w ciągu dwóch tygodni od przedstawienia żądania, to poszkodowany biedaczek może zaapelować o sprawiedliwość do sądu. Sąd może – i często to robi – przychylić się do jego żądania. Problem w tym, że aby zwołanie zgromadzenia było skuteczne, ogłoszenie na ten temat musi pojawić się w systemie ESPI, w którym upublicznione spółki muszą zamieszczać najważniejsze komunikaty, oraz na stronie internetowej spółki. Kto ma zazwyczaj klucze do strony WWW? Tak, tak: zarząd. Ten sam, który działa w porozumieniu z większościowym akcjonariuszem. Taki zbieg nieszczęśliwych okoliczności miał w ostatnich miesiącach miejsce w jednej ze spółek notowanych na NewConnect. Komisja Nadzoru Finansowego zawiesiła notowania spółki na początku lipca.

Jak widać, często nabycie papierów wartościowych nie idzie w parze z uzyskaniem wpływu na to, co dzieje się z podmiotem, w którym ulokowaliśmy swoje pieniądze i nadzieje na zysk. Nie chodzi mi tutaj o piętnowanie zachodnich korporacji, polskiej poczty czy ustawodawcy, choć wszyscy wymienieni mają sporo za uszami. Raczej o przestrogę: droga mniejszościowego udziałowca jest ciernista i pod górkę, a niektórych pułapek nie sposób dostrzec, dopóki się w nie nie wpadnie.

Pułapki na drodze mniejszościowego udziałowca trudno dostrzec zawczasu