Komisja Nadzoru Finansowego przygotowuje raport o rynku parabanków. To efekt szybko rosnącej liczby kredytów udzielanych przez tego typu instytucje. Firmy zwiększają obroty i przyjmują nowych pracowników i windykatorów.

Jak wynika z rozmów z pracownikami parabanków i danych największych firm udzielających szybkich kredytów jak Provident czy Pośrednictwo Finansowe Kredyty-Chwilówki, ich klienci są najczęściej rencistami, emerytami lub samotnymi matkami z kilkorgiem dzieci. Pożyczają na leczenie, na buty albo żeby zapłacić zaległy czynsz. Łączą ich niskie dochody, słaba znajomość mechanizmów finansowych i kilka odmownych decyzji kredytowych w tradycyjnych bankach. Większość pożycza po 500 – 1000 zł, na 1 – 2 miesiące, bo im dłuższy termin, tym koszty kredytu wyższe. Np., pożyczając 500 zł na 15 dni parabank zgarnia 131 zł odsetek, marży i prowizji.

Niektóre firmy pobierają odsetki z góry. Np. Kredyty-Chwilówki od każdej wypłacanej kwoty od razu pobiera tzw. kaucję. Osoba, która przyjdzie po 500 zł, do ręki dostanie 350 zł. Co prawda odsetki to 20 – 24 proc., czyli takie jakie dopuszcza ustawa antylichwiarska, ale klient musi też zapłacić jeszcze 5 proc. prowizji, wnieść opłaty wstępne w wysokości 100 złotych oraz koszt obsługi domowej (500 zł), czyli wizyt doradcy. W efekcie taka pożyczka spełnia warunki ustawy, ale kosztuje do 400 proc. w skali roku.

Parabanki twierdzą, że wpadających w spiralę długów jest niewielu. Tyle że one lepiej niż banki radzą sobie z egzekwowaniem należności. Już po kilku dniach spóźnienia w domu kredytobiorcy pojawia się pracownik firmy, a za wizytę klient musi dodatkowo zapłacić 150 zł. Jeśli w ciągu 2 miesięcy nie uda się odzyskać pieniędzy, firma kieruje sprawę do sądu. Potem wkracza komornik. – Większość klientów płaci regularnie – przekonuje prezes firmy Kredyty-Chwilówki Grzegorz Czebotar. Biznes kręci się tak dobrze, że jedna z firm proponuje klientom udział w swoim interesie: mogą udzielić firmie pożyczki na pożyczenie innym osobom i odebrać z tego procent.