Łódź, Poznań, Katowice, Sosnowiec, Częstochowa, Kielce, Bydgoszcz, Lublin oraz inne miasta szybko tracą swoich stałych mieszkańców i tych zameldowanych na pobyt czasowy ponad trzy miesiące.

W latach 2002 – 2011 wyniosło się z nich 204,5 tys. osób – ustalił GUS na podstawie Narodowego Spisu Powszechnego Ludności i Mieszkań przeprowadzonego w ubiegłym roku. Eksperci twierdzą, że to naturalne zjawisko, które kraje Zachodu przeżywały już w latach 50. i 60. – Część ludzi przenosi się z miast na tereny podmiejskie. Tam buduje lub kupuje domy, do których się przeprowadza – wyjaśnia prof. Bohdan Jałowiecki, socjolog miasta z Uniwersytetu Warszawskiego.

Powodów tych migracji jest co najmniej kilka. Pierwszy to uciążliwość życia w aglomeracji – hałas, brud, korki. – Wiele osób chce mieszkać w strefach podmiejskich z powodu dzieci. Tam jest cisza, zieleń i wiele miejsca do zabawy i odpoczynku – dodaje prof. Jałowiecki. Do kurczenia się ludności części miast przyczynia się też trudna sytuacja na rynku pracy. Ich mieszkańcy przenoszą się tam, gdzie znajdują zatrudnienie. Na przykład w Warszawie i jej okolicach osiedliło się sporo osób z Łodzi, po tym jak upadł tam przemysł włókienniczy.

Część mieszkańców ze Śląska wyjechała do Niemiec i USA. Wśród dużych miast tylko ludność stolicy i Białegostoku zwiększyła się wyraźnie. Ale wzrost ten nie był imponujący. Warszawie przybyło oficjalnie tylko 29 tys. osób. Liczba jej mieszkańców wynosi obecnie nieco ponad 1,7 mln. Te dane dalekie są jednak od rzeczywistego stanu. Nie ma wprawdzie bieżących szacunków, ale z badań Środkowoeuropejskiego Forum Badań Migracyjnych i Ludnościowych przeprowadzonych przed kilkoma laty wynika, że około ćwierć miliona osób choć mieszka na stałe w stolicy, nie jest zameldowana, a około pół miliona dojeżdża do Warszawy codziennie. Z różnych powodów – ale głównie do pracy lub na wyższe uczelnie (ponad 250 tys.). 

Gdy Warszawie choć trochę przybywa oficjalnych płatników, inne miasta tracą na przeprowadzkach mieszkańców, którzy podatki zwykle płacą w miejscach zameldowania. I to mimo, że nadal pracują w miastach, korzystają z ich infrastruktury, do której utrzymania już się nie dokładają. Problemem jest również to, że z miast wyprowadzają się często ludzie młodzi i prężni, przez co spada w nich popyt wewnętrzny. Dotyczy to zwłaszcza małych ośrodków miejskich. Niektóre samorządy próbują powstrzymać exodus swoich mieszkańców, jednak jest to szalenie trudne. Władze stolicy rozpoczęły w ubiegłym roku kampanię „Płać podatki w Warszawie”. Przekonywały, że dzięki temu będą lepsze drogi, nowe ścieżki rowerowe, nowa komunikacja miejska, więcej szkół, przedszkoli, ośrodków zdrowia itd. Tłumaczyły, że 1/3 wpływów do miasta pochodzi z PIT, a średni dochód z tytułu podatku od jednego mieszkańca wynosi 3 tys. zł. A to, przyjmując, że dane Forum Badań Migracyjnych i Ludnościowych oddają stan rzeczywisty, mogłoby dać nawet 1,5 mld zł dodatkowych wpływów do kasy stolicy – czyli w 2011 r. – 4,9 mld zł. Nowy wpływ wystarczyłby na budowę mostu i zakup 500 autobusów. Za Warszawą poszły inne miasta, choćby Kraków. Bez efektu.

Eksperci nie mają też wątpliwości, że również w przyszłości będzie się kurczyć liczba mieszkańców miast, m.in. dlatego że zmniejszać się będzie cała ludność naszego kraju. Według prognoz GUS do 2035 r. ubędzie nas ponad 2 mln. Wszystkiemu winien jest ujemny przyrost naturalny. W dodatku utrzymywać się może emigracja zarobkowa, która również przyczynia się do tego, że miasta tracą mieszkańców.