Francuski rząd prowadzi desperacką walkę o uratowanie producentów jabłek przed tańszym importem z Polski, RPA i krajów Ameryki Łacińskiej. W ten sposób kontynuuje długą tradycję francuskiego protekcjonizmu, której skuteczność jest wątpliwa.

Przepisy wprowadzone pod koniec mandatu Nicolasa Sarkozy’ego zobowiązują wielkie sieci handlowe jak Carrefour czy Leclerc do ograniczenia marży zysku, jeśli ceny jabłek zebranych we Francji spadną o więcej niż 10 proc. Handlowcy muszą także w takim przypadku obniżyć cenę sprzedaży detalicznej. Wszystko po to, aby utrzymać szybko spadającą produkcję. Jeśli się nie zgodzą, płacą dodatkowy podatek od utrzymywania powierzchni handlowych.

Daniel Sauvaiter, prezes Narodowego Stowarzyszenia Jabłek i Gruszek (ANPP), przyznaje, że takie rozwiązanie na niewiele się zda. Ceny jabłek z importu (średnio 0,4 euro za kg) są bowiem kilkakrotnie niższe niż ich odpowiedników z Francji. Z tego powodu tylko w tym roku produkcja jabłek we Francji zmniejszy się aż o 32 proc. i będzie przeszło dwa razy mniejsza (1,15 mln ton) niż w Polsce (2,7 mln ton).

W podobny sposób w 2009 roku Sarkozy próbował ocalić francuski przemysł samochodowy. Udzielony wówczas Peugeot i Renault preferencyjny kredyt 6 mld euro był uzależniony od utrzymania przez oba koncerny produkcji w kraju.

– Nie jest normalne, że samochody produkowane dla Francuzów przez francuskie koncerny powstają w Europie Wschodniej – przekonywał.

Dziś Peugeot, który nie zdecydował się na przeniesienie produkcji do tańszych państw na taką skalę jak m.in. Volkswagen, płaci za to cenę: w lipcu koncern ogłosił fatalne wyniki finansowe i zapowiedział zwolnienie 8 tys. pracowników.

W 2005 roku Francja zablokowała przeforsowanie w liberalnym kształcie unijnej dyrektywy o liberalizacji systemu świadczenia usług (tzw. dyrektywy Bolkesteina) w imię strachu przed „polskim hydraulikiem”. Była to jedna z głównych przyczyn rekordowego (70 mld euro) deficytu w handlu zagranicznym Francji w ub.r. Krajowe koncerny nie mogły bowiem korzystać z tańszych usług podwykonawców, co ograniczyło ich konkurencyjność.

Aby osłabić konkurencję ze strony Polski i innych nowych krajów UE, Paryż stara się także narzucić wspólne normy socjalne, w tym jednolitą minimalną pensję. Inny pomysł to przeforsowanie unijnej dyrektywy „Buy European”, zgodnie z którą instytucje publiczne musiałyby w pierwszej kolejności kupować towary i usługi od firm ze Starego Kontynentu, i to nawet wtedy gdy są droższe od zamorskiej konkurencji.

– Chcę Europy, która chroni swoich obywateli. Nie chcę więcej tej dzikiej konkurencji – przekonywał w czasie kampanii wyborczej Sarkozy. W tym punkcie jego rywal i następca Francois Hollande zgadzał się z nim w 100 proc.