Inwestorzy krążą wokół Polish Energy Partners od miesięcy, ale w ostatnich tygodniach do gry włączył się gracz najcięższego kalibru. Jak ustaliliśmy, przejęciem PEP zainteresowała się Polska Grupa Energetyczna (PGE). To na polskim rynku energii numer jeden. Z informacji DGP wynika, że doszło już do pierwszych rozmów przedstawicieli obu firm.

Zbigniew Prokopowicz, prezes PEP, nie chciał wczoraj rozmawiać. PGE zaś nie zaprzeczyła, że spółka pozostaje w kręgu zainteresowania koncernu. – Jako największy gracz na rynku przyglądamy się różnym możliwościom biznesowym. O decyzjach dotyczących ewentualnego zaangażowania kapitałowego decydują kryteria ekonomiczne i biznesowe – usłyszeliśmy.

PGE przeczesuje rynek, bo nie radzi sobie z realizacją założeń strategii grupy na lata 2012 – 2035 w segmencie energetyki wiatrowej. Spółka zapisała w niej, że w 2015 r. będzie dysponowała 1000 MW mocy w lądowych farmach wiatrowych. Do realizacji tego potrzeba jeszcze ok. 900 MW. Dziś w portfelu ma zaledwie dwie farmy o łącznej mocy 78 MW, a w najbliższych planach jest otwarcie tylko elektrowni w Żurominie o mocy 60 MW.

Tymczasem PEP świetnie radzi sobie z budową farm wiatrowych i bloków opalanych biomasą. Gotowe elektrownie kupują od niej duże firmy energetyczne, bo zmuszone są do wykazywania w swoim bilansie energii z zielonych źródeł, a rozwijanie tego sektora idzie im jak po grudzie. Efekt – w 2011 r. zysk PEP przekroczył 69 mln zł i był o 7 mln zł wyższy niż przed rokiem. W tym ma przekroczyć 74 mln zł.

Nic dziwnego więc, że PEP znalazł się w orbicie zainteresowania PGE. – PEP to na rynku rodzynek – mówi DGP Paweł Puchalski, szef biura analiz DM BZ WBK.

Świetną cenzurkę spółce wystawia też Andrzej Bartos, partner zarządzający Innova Capital. – Śledziliśmy jej rozwój. PEP rozwinął kompetencje, jeśli chodzi o budowanie farm wiatrowych i operowanie nimi. Ma solidny portfel własnych i rozwojowych projektów wiatrowych – mówi Bartos.

PEP ma dziś elektrownie wiatrowe o mocy 80 MW, ale jak szacuje Paweł Puchalski, w ciągu zaledwie 3 – 4 lat jest w stanie uruchomić kolejnych 500 MW nowych mocy w wietrze, a także blisko 100 MW w projektach elektrowni spalających czystą biomasę. – Łącznie może to oznaczać 1,6 TWh rocznie zielonej energii, czyli coroczną oszczędność 464 mln zł dla spółki, której tej energii brakuje i musi kupować zielone certyfikaty – szacuje analityk.

Te potencjalne oszczędności to dodatkowy argument za zakupem PEP. Wartość księgowa spółki wynosi tylko 448,5 mln zł. Wycena giełdowa jest wyższa – to ponad 620 mln zł, co daje 29 zł za akcje. DM BZ WBK podtrzymuje swoją cenę docelową na poziomie 37 zł za papier – na tym poziomie PEP byłby wart ponad 800 mln zł. Zdaniem Pawła Puchalskiego obecna cena akcji spółki jest zaniżana przez wciąż istniejącą niepewność dotyczącą nowego prawa o energii odnawialnej.

Te prognozy znają obecni akcjonariusze spółki, więc zdaniem części naszych rozmówców nie będą skłonni tanio sprzedać PEP. Zwłaszcza że w spółce usadowiły się OFE – mają ponad 38 proc. udziałów. Są wśród nich Generali, ING oraz Aviva. Akcjonariat uzupełniają Pioneer Pekao Investment Management oraz Aviva Investors Poland. W wolnym obrocie znajduje się ok. 45 proc. akcji. Fundusze jak jeden mąż odmówiły wczoraj komentarza w sprawie zainteresowania PGE firmą, ale Paweł Wróbel z Generali i Adam Jenskins z Pioneer Pekao podkreślali, że PEP to bardzo dynamiczna i dobrze rozwijająca się spółka.

Czy to zapowiedź czarnej polewki dla PGE? – Uzyskanie odpowiedzi funduszy na potencjalne wezwanie to tylko kwestia zaoferowanej ceny – uważa Paweł Puchalski.