Ale też był on, jest i będzie niezależnie od państwa i ustroju politycznego. Tyle że niektóre państwa walczą z nim lepiej – Skandynawia czy Niemcy – a niektóre sobie z nim w ogóle nie radzą, bo tam kolesiostwo jest częścią kultury – np. południe Europy.

Wspólnym jego mianownikiem we wszystkich krajach jest sektor publiczny. – Największym wrogiem nepotyzmu jest konkurencja. W sektorze publicznym, w firmach państwowych jej nie ma. Dlatego to tu najłatwiej zatrudnić swoich – mówi Aleksander Łaszek, ekspert Forum Obywatelskiego Rozwoju prof. Leszka Balcerowicza, współautor analizy „Ile osób zatrudnia państwo polskie?”. Wynika z niej, że w sektorze publicznym w Polsce pracuje 3,5 mln osób. To oznacza, że więcej niż co piąty zatrudniony pobiera pensję z kasy państwa. To lepiej niż np. jeszcze w 2006 r., gdzie niemal co czwarta osoba pracowała na państwowej posadzie. Ale znacznie gorzej niż np. u naszych zachodnich sąsiadów, gdzie w sektorze publicznym zatrudnionych jest 14,8 proc. osób. – Z tymże w Niemczech władza podlega kontroli, a nepotyzm jest piętnowany – podkreśla Andrzej Sadowski, ekspert Centrum im. Adama Smitha. I podaje przykład: – Gdy wyszło na jaw, że członek rządu dał rekomendację firmie, w której zatrudniony był ktoś z jego rodziny, natychmiast podał się do dymisji. U nas nikt sam się podać nie chce, a nawet zwierzchnicy nie są skłonni do dymisjonowania takiej osoby – dodaje. Powodem jest brak kontroli obywateli nad rządem i strukturami państwa. – Za mało mamy demokracji w demokracji – twierdzi Sadowski.

Eksperci nie mają problemu z pokazaniem sektorów najbardziej podatnych na nepotyzm. – Milion osób zatrudnionych jest w administracji, policji, wojsku. Drugie tyle w państwowych firmach – wylicza Aleksander Łaszek. – Pierwsza z grup nie ma konkurencji, w związku z tym nie musi przyjmować najlepszych fachowców, walczyć o wyniki – mówi. W przypadku państwowych spółek lekiem na nepotyzm byłaby ich prywatyzacja. W zmierzeniu z rynkiem najsłabsi odpadają. Firmy musiałyby walczyć o fachowców.

– W Polsce kumoterstwo przede wszystkim rozpowszechnione jest w samorządach i ich spółkach. Jest ich dużo, na różnych szczeblach, daleko od centrali, dlatego trudno je kontrolować – mówi Grażyna Kopińska, dyrektor Fundacji im. Stefana Batorego, zajmująca się problemami korupcji. – Na szczeblu centralnym najwięcej jest go w funduszach i agencjach, gdzie obowiązują konkursy tylko na najwyższe stanowiska – dodaje.

Uzdrowienie systemu jest niby proste: należy wprowadzić otwarte konkursy na stanowiska, z jasnymi zasadami, podlegające kontroli wszystkich startujących, z gwarancją zatrudnienia dla osoby, która wygra. Obecnie często pracownik wybierany jest z grona osób, które dostały się do finału, co nie gwarantuje jego kompetencji. Do tego partie w statutach powinny zapewniać, że członkowie rodzin polityków w trakcie kadencji nie będą ubiegali się o stanowiska państwowe. Potrzebna jest też zmiana mentalności, by Polacy ostro piętnowali takie postawy. Ale to właśnie może być najtrudniejsze.