Czy rząd bardzo musi zmienić prognozę wzrostu na 2013 rok z obecnych 2,9 proc. PKB?

Istnieje mocne uzasadnienie, by tę prognozę znacząco zrewidować w dół. To ma związek z ogólnie złą sytuacją gospodarczą w strefie euro i jednoczesnym wyhamowaniem popytu krajowego w Polsce. Dla mnie najbardziej prawdopodobny scenariusz to wzrost PKB o 2 proc., choć w przypadku utrzymania się kursu złotego na obecnym poziomie wzrost może być jeszcze niższy.

Sytuacja będzie porównywalna z tą w 2009?

Gorsza, jeśli chodzi o możliwość korzystania z narzędzi przeciwdziałania spowolnieniu, natomiast lepsza, jeśli chodzi o ogólną sytuację, bo skala hamowania gospodarki nie będzie tak duża. Jednak w przeciwieństwie do 2009 roku, gdy mieliśmy do czynienia ze znaczącym rozluźnieniem polityki fiskalnej (w tym rosnącą absorpcją środków unijnych) i monetarnej, w szczególności silnym osłabieniem kursu złotego, w przyszłym roku te narzędzia będą praktycznie niedostępne lub zadziałają dużo słabiej. A to właśnie był potężnymi amortyzatorami dla polskiej gospodarki trzy lata temu.

To co możemy zrobić?

Moim zdaniem możliwe są trzy działania. Ich cel jest identyczny: oddziaływanie na sytuację na rynku pracy. To powinno być priorytetem polityki gospodarczej w przyszłym roku.

A konkretnie?

Po pierwsze reaktywacja ustawy z 1 lipca 2009 roku o łagodzeniu skutków kryzysu ekonomicznego dla pracowników i przedsiębiorców. Chodzi o możliwość elastycznego kształtowania czasu pracy w firmach. Wiemy, że dla nich jest bardzo ważne, by w momencie spowolnienia móc przejściowo zmniejszyć godzinowy wymiar czasu pracy, by potem to odrobić. To będzie stabilizować zatrudnienie.

To nie powinno być trudne, o ile zgodzą się związki.

Mam nadzieję. Punkt drugi to ograniczenie spadku inwestycji publicznych poprzez większe wydatki na budowę dróg z Krajowego Funduszu Drogowego. Wciąż mamy pewną przestrzeń do zwiększania zadłużenia funduszu, tak by łącznie z nim cały dług publiczny w relacji do PKB liczony zgodnie z metodą unijną nie przekroczył 60 proc. To by jednak oznaczało przejściowy wzrost deficytu sektora finansów publicznych w porównaniu z 2012 r. Na to musiałaby się zgodzić Komisja Europejska.

Czy wzrost długu w relacji do PKB może sprawić, że rynki odwrócą się od nas?

Takiej reakcji rynków się nie obawiam. Inwestorzy rozumieją, że to pieniądze wydane na inwestycje zwiększające wydajność i konkurencyjność gospodarki w długim okresie. A jednocześnie Polska pozostaje krajem z umiarkowanym długiem i perspektywą relatywnie szybkiego wzrostu gospodarczego. Dlatego jeśli rząd uzna przy uchwalaniu budżetu, że będziemy mieć do czynienia z silniejszym spowolnieniem gospodarki np. do 1,5 proc. PKB, to warto o tym pomyśleć. Bo budownictwo infrastrukturalne jest działalnością pracochłonną i to są inwestycje, które dają relatywnie silne efekty mnożnikowe, czyli w istotny sposób wpływają na aktywność gospodarczą: PKB i rynek pracy. Ale co ważne, by to narzędzie było skuteczne, decyzja w tej sprawie powinna być podjęta w miarę szybko. Przetargi na nowe inwestycje powinny zostać rozstrzygnięte najpóźniej w pierwszej połowie roku, by inwestycje drogowe wpłynęły na gospodarkę w 2013 r.

A trzecia propozycja?

To wariant przewidziany w przypadku najgorszego rozwoju sytuacji, jeśli wzrost PKB wyniesie najwyżej 1 proc., co zacznie silnie przekładać się na rynek pracy, bo firmy zaczną masowo zwalniać. Wówczas rząd powinien rozważyć przejściowe zwiększenie danin publicznych, tak by można było silnie interweniować na rynku pracy. Wydatki Funduszu Pracy powinny być kierowane przede wszystkim na staże i szkolenia dla młodych ludzi. Z moich wyliczeń wynika, że by obniżyć stopę bezrobocia o 1 pkt proc., należy wydać na interwencję co najmniej 4 mld zł.

Czyli podwyżki podatków i obciążeń?

To wariant pesymistyczny, ale warto mieć w zanadrzu pomysł na zwiększenie dochodów sektora finansów publicznych, by te wydatki pokryć. Możliwości jest sporo: podwyżka składki rentowej, likwidacja ulg, rozszerzenie bazy podatkowej czy zwiększenie dochodów z FUS, np. przez podniesienie składek osobom prowadzącym jednoosobową działalność gospodarczą czy dochody z praw do emisji CO2. Nie chcę przesądzać, skąd wziąć pieniądze, ale celem jest ograniczenie długofalowych negatywnych efektów spowolnienia gospodarki dla rynku pracy. Inaczej doświadczymy obniżenia jakości kapitału ludzkiego u ludzi, którzy będą długotrwale bezrobotni. Po drugie, zwiększy się ryzyko emigracji. A nas nie stać, by trwale tracić zasób siły roboczej i zmniejszać długofalowe tempo wzrostu gospodarczego. Dlatego uznaję taką przejściową interwencję na rynku pracy za uzasadnioną.

Ale są wolne środki w Funduszu Pracy, i to nawet dużo. Po co szukać dochodów?

Są, ale ich użycie zwiększy deficyt sektora finansów publicznych. Środki przeznaczone na aktywne formy zwalczania bezrobocia mają ograniczoną skuteczność (tylko część beneficjentów trwale poprawia swoją sytuację na rynku pracy), dlatego wolałbym, aby nie były one finansowane przyrostem długu publicznego. Takie podejście powinno również spotkać się z aprobatą inwestorów i agencji ratingowych.