Jeden z czołowych polityków rządzącej Bawarią Chrześcijańskiej Unii Ludowej (CSU) napisał książkę, w której proponuje, by ten największy niemiecki kraj związkowy ogłosił niepodległość. Wówczas więcej wypracowywanych pod Alpami pieniędzy zostawałoby na miejscu, zamiast trafiać do biedniejszych landów na północy.

Problemy gospodarcze wzmagają nastroje separatystyczne także w innych regionach Europy Zachodniej. Wilfried Scharnagl od ponad trzech dekad jest jednym z najbardziej wpływowych ludzi w Bawarii. Obecnie zasiada w zarządzie CSU, będącej bawarskim odpowiednikiem Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej kanclerz Angeli Merkel. Jego książka „Bayern kann es auch alein” („Bawaria może być też sama”) pojawi się w sprzedaży dopiero jutro, ale już wywołała nad Renem spora dyskusje.

Scharnaglowi nie podoba się, ze bogata Bawaria, w której poziom życia jest o 13 proc. wyższy niż średnia niemiecka, zbyt dużo pieniędzy przekazuje poza region. Tylko w tym roku w ramach podatku solidarnościowego Monachium przekaże władzom federalnym 3,4 mld euro. Scharnagl nazywa „dniem katastrofy” datę 21 stycznia 1871 r., gdy bawarski parlament zgodził się na wejście dotychczas niezależnego królestwa w skład II Rzeszy.

– Pod względem liczby ludności i potencjału gospodarczego niepodległa Bawaria byłaby siódmym co do wielkości państwem UE. Byłoby to wspaniałe i stabilne średniej wielkości państwo – mówi Scharnagl w rozmowie z dziennikiem „Muenchner Merkur”.

Bawarczycy dysponują silnym poczuciem odrębności regionalnej. Różnice dotyczą nie tylko poziomu życia, lecz także wyznania (Bawaria jest w większości katolicka), używanego dialektu, a nawet sfery kulinarnej. Poczucie to wpływa także na postrzeganie procesów zachodzących w UE.

Bawarska CSU nie ukrywa sceptycyzmu wobec własnego rządu, gdy ten opowiada się za zatrzymaniem Grecji w strefie euro czy tworzeniem kolejnych instytucji do walki z kryzysem na południu Europy.

Tendencje separatystyczne są dostrzegalne także we Włoszech. Z tym ze w przypadku Italii to północ patrzy na południe jak na uboższych krewnych, których nie zawsze chce się dalej utrzymywać. Mediolan czuje więcej pokrewieństwa z północnymi sąsiadami Włoch, a na Sycylię czy Neapol patrzy tak, jak Niemcy na Grecję – z mieszanka pogardy i irytacji.

Dopóki domagająca się niepodległości Padanii Liga Północna (LN) wchodziła w skład rządu Silvia Berlusconiego, dopóty jej separatystyczna retoryka była spychana na drugi plan. Upadek tego gabinetu wywołał szok u regionalistów, którzy jako jedyna duża partia głosowali przeciwko nowemu rządowi Maria Montiego. A ponieważ problemy gospodarcze Włoch narastają, żądania niepodległości znów mogą trafić na podatny grunt.

Umiarkowani nacjonaliści rosną też w siłę w belgijskiej Flandrii. Jeszcze kilka dekad temu niderlandzkojęzyczna część Belgii była dyskryminowana przez frankofońskich Walonów. Po II wojnie światowej Flandria przeskoczyła jednak Walonie pod względem poziomu życia i od tego czasu narasta w niej chęć rewanżu. Obecnie najpopularniejsza wśród Flamandów partia jest domagający się stopniowego rozluźnienia belgijskiej federacji Nowy Sojusz Flamandzki.

Jeśli Belgia odczuje skutki kryzysu, popularność partii separatystycznych jeszcze się zwiększy. Przede wszystkim ze względu na regionalne transfery pieniężne. Uniwersytet w Leuven oszacował, ze rocznie Flandria płaci na rzecz Brukseli i Walonii 5,7 mld euro. Nieco inna sytuacja panuje w Hiszpanii. Katalonia, choć należy do najbogatszych regionów kraju, jest jednocześnie silnie zadłużona. Rządzący nią nacjonaliści są skazani na pomoc finansową Madrytu. W tej sytuacji hasła niepodległościowe nie mogą być szczególnie eksponowane.