Co łączy ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego, Reserved oraz Tesco? Przekonanie, że skoro w internecie znalazło się interesujące zdjęcie, to jest ono niczyje i można z niego do woli korzystać. Fotografowie mają dosyć takich samowolek: nie tylko coraz częściej walczą o odszkodowania, lecz także zakładają w sieci agencje fotograficzne, by zadbać o swoje prawa i należne im pieniądze.

„Polska Wunderwaffe” – zachwycił się szef MSZ, kiedy zobaczył zdjęcie Natalii Siwiec kibicującej polskiej drużynie podczas Euro 2012. Jego zachwyt był tak wielki, że postanowił się nim od razu podzielić – wrzucił fotografię dziewczyny na swoje konto na Twitterze. Nie sprawdził jednak, kto jest autorem zdjęcia, oraz nie poprosił o zgodę na publikację. Na reakcję nie trzeba było długo czekać. Także na Twitterze odezwał się do ministra Sikorskiego Piotr Bławicki z agencji East News: „Miło mi, że opublikował Pan moje zdjęcie. Liczę, że ureguluje Pan honorarium za publikację. Podaję kontakt, by legalnie mógł Pan kupować moje zdjęcia”. Sikorski odpisał: „Gratuluję zdjęcia. Dobra promocja Polski. Naturalnie uszanujemy prawa autorskie” i obiecał wysłać honorarium.

Niesmak jednak pozostał. I to niesmak, jaki w środowisku fotografów pojawia się coraz częściej.

YouThoughtWeWouldntNotice.com

Najgłośniejsza była sprawa Reserved, która skorzystała ze zdjęcia amerykańskiej fotografki i blogerki modowej. Znaleźli je na stronie internetowej, obrobili i wykorzystali jako motyw na koszulkach – opowiada DGP fotograf Adam Tuchliński. 19-letnia Rockie Nolan jednak dowiedziała się od internautów o tym, że jej twarz zdobi bluzki sprzedawane w Polsce, i zażądała od Reserved nie tylko honorarium, lecz także przeprosin. Firma oczywiście się pokajała, obiecała zapłacić, ale i tak cały czas krąży o niej opinia internetowego złodzieja.

Podobne sprawy są już prawdziwą plagą. A to hiszpańska Zara wykorzystała zdjęcie internautki i przerobiła je na rysunek na koszulkach, a to chiński producent odtwarzaczy MP3 promował się na plakatach autoportretem Aleksandry Wydrych, studentki fotografii z okolic Trójmiasta, a to angielskie Tesco skorzystało ze zdjęcia tamtejszej studentki fotografii i przyozdobiło nią swoje ubrania. We wszystkich przypadkach zdjęcia znaleziono w sieci.

Teoretycznie prawo stoi po stronie fotografów. – Zdjęcia i grafiki, tak jak utwory muzyczne czy filmowe, są chronione przez prawo autorskie. Nawet jeśli opublikowano je na blogu czy na serwisie społecznościowym, to nie oznacza, że autor zezwala na ich kopiowanie, a tym bardziej na wykorzystanie w celach komercyjnych – podkreśla Piotr Dynowski, kierownik praktyki prawa własności intelektualnej, mediów i reklamy w kancelarii Bird & Bird Maciej Gawroński. Jednak w internecie jest tak wielkie zatrzęsienie blogów fotograficznych, na dodatek dziesiątki tysięcy zdjęć wrzucanych jest każdego dnia do serwisów w rodzaju Dropbox czy Pinterest, że wielu firmom wydaje się, że jeśli skorzystają z któregoś, to szansa na to, by autor dowiedział się o tym, jest bardzo mała.

Okazuje się jednak, że wcale nie taka mała. Od trzech lat działa blog YouThoughtWeWouldntNotice.com, czyli „Myśleliście, że nie zauważymy”, na którym głównie blogerzy fotografowie wrzucają kolejne przykłady bezprawnego wykorzystania swoich prac, ale także swoich kolegów z całego świata przez mniejsze i większe firmy w celach komercyjnych.

– To rzeczywiście jest nagminna praktyka – przyznaje Jacek Szafader, współtwórca serwisu fotograficznego Esilos.com. – Ale na ten problem trzeba spojrzeć oczami – firm, które potrzebują zdjęć do produktów czy reklam. Mogą oczywiście kupować zdjęcia bezpośrednio od autorów, szukać ich, negocjować warunki, ale to zazwyczaj jest bardzo czasochłonne. Problemem nie jest nawet samo honorarium za zdjęcie, tylko właśnie trud, jaki trzeba włożyć w cały ten proces – dodaje.

Stąd właśnie sami fotografowie starają się wykorzystać zapotrzebowanie na coraz to nowe zdjęcia i ułatwić klientom dotarcie do swoich dzieł. Najpierw jeden za drugim zaczęły mnożyć się e-banki zdjęć, w większości stockowych – niemal pocztówkowych, będących pięknymi ilustracjami. Banków funkcjonuje już kilkadziesiąt i, jak sama ich nazwa mówi (stock to po angielsku zasób), mają czasami nawet po kilkanaście milionów zdjęć do wyboru. To pozwala szybko i w miarę niedrogo zdobyć fotografie potrzebne do zilustrowania katalogu, witryny internetowej czy ozdobienia jakiegoś produktu.

Oczywiście na sprzedaży praw do pojedynczego zdjęcia autor nie zarabia za dużo – zazwyczaj kilkanaście centów, góra kilka dolarów. Ale gdy fotograf umieszcza zdjęć sporo i w różnych serwisach, może na tym zarobić konkretne pieniądze. Najlepsi, czy raczej najskuteczniejsi, fotografowie, zarabiają dzięki bankom stockowym nawet po kilkadziesiąt tysięcy dolarów miesięcznie. Jednak stocki nie rozwiązały problemu kradzieży fotografii. Powód jest prosty – zdjęcia są zazwyczaj za mało oryginalne. – Nadają się na tło strony internetowej, ale do wykorzystania na ubraniu są za słabe – tłumaczy Szafader.

Banki wypracowały całkiem niezły model wykorzystania internetu do wygodnego połączenia autorów z odbiorcami. Takie rozwiązanie spodobało się profesjonalnym fotografom. Jednak nie chcieli korzystać ze stocków ze względu na brak kontroli nad tym, do czego i przez kogo mogą być wykorzystywane fotografie.

Pod wpływem banków stockowych otwartych na amatorów fotografii kilka miesięcy temu pojawiła się aplikacja Foap na iPhone’y. Za każde zdjęcie udostępnione na tej platformie, na które znajdzie się kupiec, autor otrzymuje 5 dol., drugie tyle trzeba zapłacić Foap. Na razie to raczej ciekawostka, bo nie ma jeszcze zbyt wielu chętnych do płacenia za fotografie robione komórkami.

Ale ewidentnie pod wpływem banków stockowych zaczęło się organizować środowisko fotografów zawodowych. Kilka lat temu powstały takie serwisy, jak PhotoShelter i aplikacja FotoWeb. Oba działają na dosyć podobnej zasadzie. W przeciwieństwie do banków, w których zdjęcia są katalogowane głównie pod względem tematyki, one skupiają się na autorze zdjęcia. Każdy fotograf – a tylko na PhotoShelter jest ich już ponad 70 tys. – ma swoje konto, na którym prezentuje twórczość oraz ceny. Czyli jest to prosty sklep internetowy. Sporadycznie z takich serwisów korzystali też polscy fotografowie, problemem jednak zazwyczaj była cena. Najtańsze konto na PhotoShelter kosztuje 109 dol. rocznie i jest ono za drogie dla amatorów dorabiających fotografią.

– W Polsce sytuacja fotografów staje się coraz trudniejsza. Wydawnictwa prasowe obcinają budżety oraz rozwiązują agencje fotograficzne, wiele serwisów woli korzystać ze słabszej jakości, ale bezpłatnych zdjęć od internautów. Choć takie serwisy mogłyby być sposobem na zwiększenie zarobków, to jednak dla wielu osób opłata plus niepewność, czy rzeczywiście da się na tym zarobić, bywała odstraszająca – tłumaczy Tuchliński.

Zawodowcy chcą do sieci

Ten fotograf z 13-letnim doświadczeniem, którego zdjęcia pojawiają się we wszystkich najważniejszych polskich gazetach, postanowił więc stworzyć polski serwis, bardziej dostosowany do naszych realiów. Razem z Jackiem Szafaderem, który miał już doświadczenie w pracy z e-biznesami, uruchomili serwis Esilos.com. Przekonują, że to może być rozwiązanie problemów zarówno fotografów, którzy mogą zarabiać na archiwalnych fotografiach, jak i wszelkiego rodzaju firm poszukujących zdjęć.

Serwis ruszył na początku roku i na razie korzysta z niego blisko dwustu twórców: konta założyło w nim już kilkanaście redakcji magazynów, agencji PR, a nawet poseł PiS. Portal, jak nie ukrywają twórcy, wciąż jest raczej w fazie startowej, ale o tym, że ma potencjał, świadczy to, iż za 50 proc. udziałów w nim jeden z funduszy inwestujących w start-upy zapłacił 350 tys. zł. – Ten rynek ma naprawdę szansę na spory rozwój. Są klienci wciąż potrzebujący zdjęć, są fotografowie z ogromnymi czasem archiwami. My chcemy pomóc im się odnaleźć. Zamiast następnym razem ściągnąć jakieś zdjęcie z bloga, łamiąc prawa autora i jeszcze narażając się na zarzuty kradzieży, wystarczy przecież to zdjęcie kupić – przekonuje Tuchliński.

Do grona internetowych złodziei dołączył także szef MSZ Radosław Sikorski. Dopiero gdy autor zdjęcia zwrócił mu uwagę, że nie kupił praw do fotografii, obiecał uszanować prawo