Park zamiast kolejnego centrum handlowego? Coraz więcej miast wybiera takie rozwiązanie, bo okazuje się, że inwestycje w drzewa i trawę czy oczka wodne mogą być równie zyskowne, co w biurowce. Mieszkańcy chętniej płacą podatki, aglomeracje oszczędzają na infrastrukturalnych wydatkach. To nie żart – takie miasta jak Los Angeles czy Nowy Jork zyski z ponownego zazielenienia szacują w miliardach dolarów.

Tereny zielone, szczególnie w miastach, to coraz rzadszy widok. Nawet w Polsce, choć nasz kraj wciąż jest uznawany za jeden z najbardziej zazielenionych w Europie. Z danych ONZ wynika, że w 2009 roku stopień zurbanizowania wyniósł 61 proc., a do 2050 roku wzrośnie do 74 proc. Przez to, że na zieloną przestrzeń pozostaje coraz mniej miejsca, staje się ona bardzo pożądana. Do tego stopnia, że większość z nas jest nawet skłonna płacić wyższe lokalne podatki za możliwość życia w niezabetonowanej okolicy. Tak twierdzi 3/4 Polaków przepytanych przez szwedzki koncern Husqvarna Group w najnowszej edycji badania „Global Garden Report”. Dla porównania – w Niemczech podobnie odpowiedziała prawie połowa ankietowanych, we Francji – 60 proc.

Pytanie – o ile więcej – także nie pozostaje bez odpowiedzi. Uzyskali ją badacze z Wielkiej Brytanii, którzy przepytali mieszkańców Manchesteru i Sheffield. Okazało się, że byliby oni skłonni oddawać fiskusowi dodatkowe 10 – 15 proc. swoich pieniędzy rocznie. Co więcej, z badań przeprowadzonych w ubiegłym roku w Szwecji wynika, że większym powodzeniem cieszy się wśród mieszkańców bliskość terenów zielonych niż łatwy dostęp do komunikacji miejskiej czy centrum handlowego.

Pieniądze na drzewach

Te informacje powinni wziąć pod uwagę włodarze naszych miast. Jak tłumaczy Jakub Kronenberg z Uniwersytetu Łódzkiego, autor poradnika „Przyroda w mieście. Usługi ekosystemów – niewykorzystany potencjał miast”, w ten sposób można zyskać narzędzie rozwoju. – Zielone miasta przyciągają osoby wykwalifikowane, dobrze zarabiającą klasę kreatywną, pracującą w innowacyjnych gałęziach gospodarki – mówi.

Nic dziwnego, że miastom zaczęło zależeć na tym, by ożywić krajobraz choć odrobiną zieleni. Ale przykład Los Angeles pokazuje, że nie ma drogi na skróty. W latach 70. ubiegłego wieku władze Miasta Aniołów zdecydowały o posadzeniu 900 drzew i setek krzewów wzdłuż głównego bulwaru. Szkopuł w tym, że wszystko było wykonane z plastiku. W dodatku sztuczna zieleń nie spełniała swojej podstawowej funkcji: nie przyjmowała deszczówki, a z zielonymi płucami filtrującymi zanieczyszczone miejskie powietrze nie miała nic wspólnego.

Dlatego w 2006 roku zaczęto realizować program „Milion drzew dla Los Angeles”. Obliczono, że dzięki zainwestowaniu w zieleń miasto zarobi w ciągu 35 lat prawie 2 mld dol. Skąd zyski? Wynikają z kilku czynników: lepiej zagospodarowanej przestrzeni (za którą mieszkańcy więcej płacą), o wiele skuteczniejszego wchłaniania wód deszczowych (mniejsze ryzyko podtopień) czy wreszcie mniejszych kosztów utrzymywania infrastruktury (systemu kanalizacji). Ekonomista Marek Giergiczny z Uniwersytetu Warszawskiego mówi, że kilka lat temu Nowy Jork postanowił zbadać rentowność zieleni. Okazało się, że przynosi ona miastu rocznie 122 mln dol., zaś każdy dolar wydany na pielęgnację 600 tys. drzew daje 5,60 dol. zysku.

Ale wartość terenów zielonych można także mierzyć poprzez ich wpływ na ceny nieruchomości – efekt ogrodu. Zadbany teren zielony podnosi wartość domu czy mieszkania średnio o 16 proc. W Polsce każda złotówka zainwestowana w ogródek daje już 2,2 zł zwrotu. Właściciele domków jednorodzinnych dostrzegli tę zależność: w ubiegłym roku na urządzanie ogrodów wydali ok. 9 mld zł.

Nic więc dziwnego, że aglomeracje już nie tylko prześcigają się w konkurencji na najwyższe drapacze chmur czy najbardziej efektowne stadiony piłkarskie. W ostatnich latach zaczęły także przeznaczać miliony na zielone inwestycje, które zawstydzą konkurentów.

Na sygnowany przez burmistrza Londynu program „Great Outdoors”, mający na celu zagospodarowanie obszarów pod tereny zielone, stolica Anglii wydała od 2009 roku ponad 130 mln funtów. W dużej mierze rozpoczęcie programu miało na celu zaimponowanie gościom, którzy przyjechali do Londynu z okazji igrzysk. – Za dwa lata turyści przyjadą do zielonego miasta – mówił w 2010 roku Boris Johnson. Do dziś zrealizowano 86 projektów rewitalizacyjnych i posadzono 10 tys. drzew. Z kolei Nowy Jork prowadzi projekt „Greenstreet Program”. Jego celem jest przekształcenie większości fragmentów ulic wyłączonych z ruchu (np. wysepek z wymalowanymi pasami) w elementy zielone pokryte trawą. Jak wyliczyły władze miasta, rocznie pozwoli to na absorpcję dodatkowych 36 mln litrów deszczówki, którą normalnie musiałaby odprowadzać miejska kanalizacja i tak doprowadzona niemal do granic swoich możliwości. Jeszcze inny pomysł na wykorzystanie przestrzeni miejskiej znalazły władze Paryża. Nie mając jej już za wiele na ulicach, zaczęto celować znacznie wyżej – w dachy budynków. W ciągu ośmiu najbliższych lat stolica Francji zamierza zazielenić ok. 70 tys. metrów kwadratowych dachów.

W międzynarodowym zielonym wyścigu nie mogło zabraknąć Chińczyków. Wspólnie z Singapurem Państwo Środka do 2020 roku stworzy ekomiasto pod nazwą Tianjin Eco-Village w północnej części kraju. Centralnym punktem wartego ponad 2 mld dol. projektu ma być wielki park, pokryte roślinami będą fasady budynków, osiedle ma być samowystarczalne dzięki odnawialnym źródłom energii. W kwietniu ruszyła srzedaż mieszkań: ceny zaczynają się od 1070 dol. za metr kwadratowy.

A u nas po staremu

Jednym z najefektowniejszych projektów może pochwalić się Osaka. W samym centrum miasta na ruinach dawnego stadionu baseballowego stworzono w 2003 roku galerię handlową Namba Parks, która bardziej przypomina kaskadowe zbocze góry. W taki krajobraz wkomponowano sklepy i butiki, które klienci chętnie odwiedzają. Choć w większości przypadków głównym powodem wizyty w galerii jest jej niecodzienna architektura.

Czy jest szansa, że polskie miasta dołączą do ekopeletonu? Niestety nie. – Za granicą korzyści płynące z zielonych terenów są dostrzegane w dużo większym stopniu niż u nas. U nas w dalszym ciągu pierwszeństwo mają centra handlowe – uważa Jakub Kronenberg.

Dlaczego tak się dzieje? Fundacja Sendzimira w tym roku przepytała kilkudziesięciu urzędników z miast od 50 do 100 tys. mieszkańców pod kątem barier, jakie powstrzymują rozwój terenów zielonych. Zdecydowana większość wskazała na brak pieniędzy, dalej pojawiały się takie argumenty, jak nieznajomość zasad pielęgnacji drzew i krzewów czy brak planów zagospodarowania przestrzennego.

Konieczność nauki choćby podstaw ogrodnictwa będzie jednak nieunikniona. Polskie miasta się wyludniają: w ciągu ostatnich 9 lat ubyło im 205 tys. mieszkańców. Na razie niewiele, ale zjawisko przybiera na sile. Jak tłumaczy socjolog Bohdan Jałowiecki z Uniwersytetu Warszawskiego, wiele osób chce mieszkać w strefach podmiejskich, bo tam jest cisza, zieleń i wiele miejsca do zabawy i odpoczynku. Każde miasto musi więc sobie odpowiedzieć, czy chce być choć w jakiejś części zielone – i w ten sposób przyciągnąć mieszkańców i ich pieniądze – czy pozostać betonową dżunglą.