Olimpiada się skończyła. Za nami też piłkarskie mistrzostwa Europy. Jeszcze tylko ostatnie dni urlopowego słońca (lub deszczu) i powrót do pracy. A wraz z nim nieuchronne pytania w stylu: czy te wszystkie sportowe emocje, którymi duża część z nas żyła w minionych miesiącach, miały jakikolwiek sens?

Twardo stąpający po ziemi homo oeconomicus zapyta w pierwszej kolejności o zysk. To jednak temat dość niewygodny. Jak pokazaliśmy już w obserwacjach pisanych przy okazji otwarcia polsko-ukraińskiego Euro 2012, nie ma przekonujących dowodów, że organizacja dużej sportowej imprezy napędza gospodarkę choćby o dostrzegalny ułamek PKB. Nie jesteśmy w stanie wiarygodnie zmierzyć, ile z obiecywanych miejsc pracy powstało i jakie zyski zanotował rodzimy sektor usług. Jedyne, co zostanie, to budowana na Euro infrastruktura. Ale i tu na dwoje babka wróżyła. Możliwość przejechania autostradą z Warszawy do Berlina pewnie wyjdzie polskiej gospodarce na dobre. Horrendalnie drogi Stadion Narodowy już niekoniecznie, biorąc pod uwagę jego koszt alternatywny, czyli na przykład inwestycje, które można by przeprowadzić w Warszawie zamiast niego (zwłaszcza że mniej więcej w tym samym czasie w stolicy otwarto inną nowoczesną piłkarską arenę, czyli stadion Legii).

Twardego rachunku zysków i strat jednak nie mamy i mieć nie będziemy. Sensu organizowania Euro trzeba więc szukać gdzie indziej. Ciekawym tropem są badania przeprowadzone kilka lat temu przez dwóch psychologów biznesu i sportu Georgiosa Kavetsosa (z London School of Economics) i Stefana Szymanskiego (londyński Imperial College). Sprawdzili oni, czy faktycznie duży sukces sportowy (worek medali olimpijskich albo triumf na piłkarskim mundialu) faktycznie przekłada się na samopoczucie narodów. Wzięli więc wyniki badań Eurobarometru z lat 1984 – 2004. Byli przekonani, że na przykład w Niemczech dostrzegalny będzie wzrost szczęścia po sukcesie piłkarskim z lat 1990 i 1996, gdy reprezentacja z czarnym orłem na piersi wygrała odpowiednio mundial we Włoszech i Euro w Anglii. Podobnie we Francji po sukcesach trójkolorowych z lat 1998 i 2000.

Nic takiego nie miało jednak miejsca. Owszem, w przypadku Francji poziom szczęścia wzrósł, ale tylko po roku 1998. Podobnie jak wśród Brytyjczyków w roku 1996, Niemców w 1988 r. i Hiszpanów w 1992 r. Znawcy sportu pewnie wiedzą już, o co chodzi. Zadowolenie narodów rosło wcale nie po sportowym triumfie, ale właśnie po tym, jak kraj gościł wielką sportową imprezę. Efekt szczęśliwego gospodarza był na dodatek całkiem mocny. Statystycznie cieszyło go to trzy razy bardziej niż ukończenie uniwersytetu, półtora raza bardziej niż małżeństwo i niemal tak bardzo, by osłodzić gorycz związaną z rozwodem. Tak przynajmniej wynika z liczb przedstawionych przez Kavetsosa i Szymanskiego.

Czy jest w tym wszystkim haczyk? Niestety tak. Efekt wyparowywał bardzo szybko, bo już w następnym roku. Wszystko to razem zaczyna więc brzmieć całkiem sensownie. Dajemy się porwać euforii i obietnicom związanym z efektami goszczenia u siebie wielkiej sportowej imprezy. Ale potem efektów pewnie albo nie widzimy, albo po prostu o nich zapominamy. Wniosek? Zamiast poddawać się jesiennej melancholii, cieszmy się tymi kilkoma tygodniami z czerwca i lipca, gdy pod Pałacem Kultury gościła strefa kibica, a bramkarz Przemysław Tytoń obronił rzut karny. W przyszłym roku o swoje szczęście będziemy musieli zadbać już sami.

Zadowolenie narodów rośnie wcale nie po triumfie na bieżni czy boisku, ale po tym jak kraj gościł wielką sportową imprezę. Efekt szczęśliwego gospodarza jest całkiem mocny, ale wyparowuje bardzo szybko, już w następnym roku po igrzyskach czy mundialu.