Ubożenie południa Europy to równocześnie renesans współczesnych Robin Hoodów. Burmistrzowie, działacze związkowi i całe rzesze aktywistów próbują zdobyć polityczną popularność, rozdając jedzenie biednym, organizując komuny, czyn społeczny czy regularne rajdy na hipermarkety.

Hiszpańskie media w sezonie ogórkowym szeroko opisują szturm na sklepy wielkopowierzchniowe poprowadzony przez burmistrza andaluzyjskiego miasteczka Marinaleda Juana Sancheza Gordillę. – Wyzyskujemy wyzyskiwaczy, czyli posiadaczy ziemskich, banki czy supermarkety, które w czasie kryzysu dorabiają się kosztem zwykłych ludzi – nawiązywał do Karola Marksa burmistrz, gdy jego ludzie wypychali ze sklepów wózki wypełnione żywnością. Co trzeci mieszkaniec Andaluzji nie ma stałego zatrudnienia.

– Zasada jest prosta: wchodzimy i bierzemy najpotrzebniejsze rzeczy. Żadnej czekolady i jogurtów. Tylko cukier, warzywa albo mleko – tłumaczył sprzymierzony z Sanchezem lider związkowy Diego Canamero, zanim kilkudziesięciu związkowców weszło do Carrefoura w miasteczku Arcos de la Frontera. Związkowcy wypełnili 12 wózków sklepowych, po czym zmusili szefa sklepu do ustępstw: towary za 1 tys. euro mają zostać przekazane na pomoc biednym w okolicznych miasteczkach. Sam Sanchez planuje zaś kontynuować marsz przez Andaluzję, choć siedmiu jego ludzi zostało już zatrzymanych przez policję.

Burmistrz Marinaledy zyskał już miano hiszpańskiego Robin Hooda. Jego akcje zainteresowały też Hiszpanów samą Marinaledą, będącą w rzeczywistości zamieszkaną przez 2,7 tys. osób komuną rolną, którą Sanchez włada nieprzerwanie od 33 lat. W mieście nie ma policji, ulice noszą imiona latynoamerykańskich rewolucjonistów, a co kilka tygodni władze ogłaszają „czerwoną niedzielę”, podczas której mieszkańcy w czynie społecznym zamiatają ulice i wykonują podobne prace. Większość na co dzień pracuje na farmie, niezależnie od funkcji otrzymując taką samą pensję, nieprzekraczającą 1,2 tys. euro miesięcznie.

Podobne pomysły pojawiają się w Grecji. Miejscowym odpowiednikiem Marinaledy jest góra Teletrion na wyspie Eubea, na której 32-letni dziś Apostolos Sianos, dotychczas projektant stron WWW, założył samowystarczalną wspólnotę dla wszystkich, którzy mają dość kryzysu i – szerzej – cywilizacji. Sianos skupił wokół siebie 10 osób, które do dziś mieszkają w jurtach i jedzą tylko to, co uda im się wyhodować na okolicznych polach. Bez elektryczności, sieci i pieniędzy.

Inny sposób znalazł po utracie pracy Andonis Sklawenitis z Krety, regionu o najwyższym w Grecji bezrobociu (23 proc.). Wraz z przyjaciółmi założył Stowarzyszenie Bezrobotnych, pomagające innym Grekom w podobnej sytuacji finansowo i psychologicznie, dystrybuującym też między nich jedzenie. – Gdyby nie ich pomoc, choćby samo poczucie, że nie jestem sam, pewnie już dawno bym się zabił – mówił dziennikarzom mężczyzna nazwiskiem Wrachasotakis. Z podobnymi inicjatywami występuje również skrajna prawica. Oskarżana o neonazizm Złota Jutrzenka (ChA), która po ostatnich wyborach zajęła 18 miejsc w parlamencie, podczas kampanii wyborczej rozdawała ludziom ciepłe posiłki i paczki żywnościowe. Wyłącznie rdzennym Grekom; imigranci są traktowani przez ChA jako zagrożenie dla kraju.

Inicjatywa ChA miała więcej wspólnego z populizmem niż realną chęcią pomocy ludziom. O populizm jest też oskarżany lider włoskiego Ruchu Pięciu Gwiazdek (M5S), wcześniej znany satyryk Beppe Grillo. Działacz ma ambicje, by M5S przekształcić w trzecią siłę polityczną w kraju. Kilka sukcesów na szczeblu lokalnym już zresztą osiągnął (m.in. obsadził urząd burmistrza Parmy). Na razie jeździ po kraju vanem i przemawia do ludzi na miejskich placach. Sam program M5S też jest raczej niezbyt sprecyzowany. Grillo werbalnie walczy z korupcją, unijną biurokracją i bankierami.