Kolejne miasta zapowiadają, że częścią ich przyszłorocznych budżetów zarządzać będą sami mieszkańcy. Są proszeni o to, aby zgłaszali propozycje, na co wydać te pieniądze.

Kilka dni temu Elbląg zdecydował się wyodrębnić budżet obywatelski z przyszłorocznego budżetu. Przeznaczył na ten cel 2 mln zł z podziałem na pięć okręgów wyborczych – to 0,03 proc. planowanych wydatków miejskich. Mieszkańcy za pomocą formularzy dostępnych w urzędzie miasta, na stronie internetowej czy w biurach obsługi inwestora mogą zgłaszać pomysły, na co przeznaczać pieniądze. – Pierwszy wniosek, który do nas spłynął dwa dni temu od jednej z mieszkanek, dotyczył wybudowania nowego placu zabaw – mówi Kamil Czyżak z urzędu miasta.

Poznań wydzieli dla mieszkańców 10 mln zł z własnego budżetu, czyli 0,5 proc. wydatków. Tu również propozycje zainwestowania tych pieniędzy można zgłaszać przez stronę internetową urzędu miasta. Zgłoszenia zostaną następnie zweryfikowane przez urzędników, a między 29 września a 10 października odbędzie się głosowanie mieszkańców. To oni zdecydują, które inicjatywy zostaną wpisane do budżetu na 2013 r.

Kolejne miasta podchwytują pomysł. Jak ustaliliśmy, rozmowy na temat budżetów obywatelskich prowadzą samorządowcy z Łodzi, Opola, Lublina i Białegostoku.

Nie wszędzie jednak jest sielankowo. Np. w Sopocie, w którym budżet obywatelski wyłaniany jest już drugi raz, wyniknął wielki spór o zasady weryfikacji propozycji mieszkańców. Radni chcieli, aby jednym z kryteriów była celowość projektu. Mieszkańcy protestowali – to oni ustalają, czy coś ma sens. Miasto może prowadzić tylko weryfikację finansową (czy wystarczy na coś pieniędzy). Oraz kompetencyjną: np. może odmówić remontu drogi krajowej wbrew chęci obywateli.

Marcin Gerwin, współzałożyciel Sopockiej Inicjatywy Rozwojowej, która była inicjatorem akcji sprzeciwiającej się weryfikacji celowej, uważa, że prezydentowi miasta koncepcja budżetu obywatelskiego nie do końca przypadła do gustu. – Na szczęście udało nam się przekonać większość radnych, by zapisać w budżecie kwotę nie mniejszą niż 6 mln zł – cieszy się Marcin Gerwin.

Kwestia wielkości – a raczej skromności – budżetów obywatelskich także budzi zreszą wątpliwości. Pojawiły się zarzuty, że te inicjatywy to tylko PR-owskie zagrywki lokalnych władz. W rzeczywistości tak organizują sposób wydawania tych pieniędzy, aby samemu móc decydować o tym, jakie projekty zostaną zrealizowane.

Zdaniem eksperta z Instytutu Sobieskiego dr Grzegorza Szczodrowskiego inicjatywa, choć w dużej części ciągle tylko PR-owa, idzie w dobrym kierunku. – To może pomóc w przeprowadzaniu ciekawych inicjatyw, których do tej pory władze nie planowały, a których potrzebowali mieszkańcy – mówi. Warunek jest taki, by pieniądze szły na racjonalne projekty, nawet jeśli będzie to oznaczało niewydanie całej kwoty z budżetu obywatelskiego. On jednak widzi jeszcze jedno niebezpieczeństwo: lobbing firm, którte będą chciały na budżecie obywatelskim po prostu zarobić. Na przykład znajdzie się jakiś wytwórca zabawek na plac zabaw i namówi ludzi, aby głosowali właśnie za taką inwestycją.

– Istnieje ryzyko, że takim działaniom mieszkańcy mogą ulec – dodaje ekspert. Ale należy wierzyć w zdrowy rozsądek ludzi i prawo wyboru.

Jeśli nie budżet, to fundusz sołecki

Stosowaną od kilku lat alternatywą dla budżetów obywatelskich są tzw. fundusze sołeckie, z których mieszkańcy mogą finansować np. remonty chodników czy budowę placów zabaw. Wniosek o przyznanie środków na fundusz złożyć może już 15 dorosłych mieszkańców. Niestety wiele gmin nie widzi potrzeby wyodrębniania funduszu, mimo że zgodnie z rozporządzeniem ministra finansów mogą uzyskać zwrot do 30 proc. wydanych pieniędzy. Mimo wejścia w życie w 2009 roku ustawy o funduszu sołeckim odsetek gmin, które w swoich rocznych budżetach wyodrębniły środki na ten cel, jest taki sam. W 2009 r. zrobiło to 54 proc. gmin, w 2011 r. tyle samo.