Liczby są bezlitosne. W ubiegłym roku statystyczny Polak przepracował średnio 1937 godzin. Więcej od niego harowali na przykład Węgrzy, Estończycy, Rosjanie. Ale najwięcej pracowali... leniwi Meksykanie i – uwaga, uwaga – największe (rzekomo) nieroby Europy, czyli Grecy. Mieszkaniec Hellady spędził w pracy 2032 godziny. Prawie o sto więcej niż przeciętny Kowalski. I wcale nie jest tak, że Grecy do roboty zabrali się ostatnio, gdy ich gospodarka zaczęła się sypać. W ciągu ostatniej dekady nieodmiennie przodowali w statystykach OECD. Zawsze też byli w nich wyżej niż Polacy.

Kto w takim razie najwięcej bumeluje? Oczywiście... najbogatsi. Uważani za niezwykłych pracusiów Amerykanie jeszcze jakoś trzymają poziom. Pracują rocznie zaledwie 150 godzin mniej niż my. A na przykład taki śmiejący się kryzysowi w twarz Fin? Spędza w pracy rocznie prawie 300 godzin mniej niż trzy razy biedniejszy Polak. Austriak? Łatwiej niż w biurze spotkać go na kawie i przy torciku (337 godzin pracy mniej niż Polak). Francuz? Przynajmniej zawsze było wiadomo, że ladaco (461 godzin mniej). Ale Niemcy? To już prawdziwa obraza boska. Ci wspaniali Germanie, stawiani wszystkim za wzór solidności, którzy ratują nadludzkim wysiłkiem rozpadającą się eurołajbę, pracują rocznie... 524 godzin mniej, a odliczając zahukanych biedaków ze wschodnich landów, nawet 538 godzin mniej niż my. 538 godzin! Przecież to w sumie 67 dniówek! Polska przynajmniej jest w tej komfortowej sytuacji, że choć tyramy, panuje przekonanie, że idziemy naprzód i nie przestajemy być zieloną wyspą. Ale jak to jest, że Niemiec wychodzi sobie do domu równiutko o 17 i ma czas wyjść z dzieckiem na plac zabaw, a Grek ciężko haruje i jeszcze cała Europa uważa go za nieroba? Gdzie tu sprawiedliwość?

>>> Polecamy: Ranking wydajności pracy w UE: Polska w ogonie Europy

Sprawiedliwości oczywiście nigdy nie było i nie będzie. Kluczem jest natomiast produktywność pracownika. Nieważne przecież, ile przesiadujesz w pracy. Ważne, co z tego wynika. Według OECD Polak wytwarza w godzinę jedynie 43 proc. tego, co Amerykanin, Grek – 56 proc., Niemiec – 91 proc., a Norweg – 135 proc. (Stany Zjednoczone są zawsze punktem odniesienia w tego typu badaniach).

No dobrze, ale skąd bierze się owa produktywność? Odpowiedzi jest kilka i nie są one zbyt wesołe dla nas, biedaków (przynajmniej w tym elitarnym gronie państw OECD). Po pierwsze biedne gospodarki charakteryzują się mniejszą akumulacją kapitału. A ponieważ każda ekonomiczna machina potrzebuje do rozruchu albo kapitału, albo pracy, biedniejsze gospodarki wrzucają, co mają, koncentrując się na dobrach pracochłonnych. Po drugie długie godziny pracy obniżają produktywność. Jeżeli biegniesz na 100 metrów, nie robisz sobie po drodze przerw. Niewielu jednak potrafi przebiec maraton w mocnym tempie. Nic dziwnego, że przeciążony zadaniami pracownik siedzi nad projektami dłużej, niż gdyby zajmował się nimi na świeżo. Biedniejsi mają też niestety niższą kulturę planowania, a szefowie (i sami pracownicy) gorzej zarządzają czasem.

W sumie niby nic nowego. A jednak warto pamiętać o tym, zanim następnym razem użyjemy określenia „leń” w kontekście ekonomicznym.

>>> Czytaj też: Niemcy: rynek pracy jest niesprawiedliwy, wydajność w pracy się nie opłaca