Yoshikazu Tanaka jest nieustannie porównywany z Markiem Zuckerbergiem: od markowych garniturów również woli dżinsy i bluzy z kapturem, także stworzył internetową sieć społecznościową i także dzięki niej został miliarderem (spośród wszystkich bogaczy świata tylko „Zuck” dorobił się szybciej od niego tak wielkiego majątku). Ale jest jedna rzecz, która odróżnia go od twórcy Facebooka: wie, co chce w biznesie osiągnąć. Dlatego firma 35-letniego Japończyka cały czas się rozrasta i zyskuje na wartości. Tymczasem portal Zuckerberga po wejściu na giełdę nieustannie traci.

– Przywykłem do tego porównania, choć tak naprawdę w niczym nie jesteśmy do siebie podobni. Ale nie będę się obrażał za nazywanie mnie drugim Zuckerbergiem: udało mu się dokonać rzeczy niewiarygodnej. Facebook to kawał dobrej roboty – mówił Tanaka niedawno w jednym z wywiadów. Ale on sam także może mieć powody do wielkiego zadowolenia – zwłaszcza jak na ekonomicznego półanalfabetę. Pół, bo studiował zarządzanie, ale go nie ukończył. – Prowadziłem już wówczas portal, który zyskiwał na popularności. Stanąłem więc w końcu przed dylematem: albo rzucam studia i staję się przedsiębiorcą, albo zamykam interes i zaczynam przesiadywać w uczelnianej bibliotece. Wybrałem to pierwsze rozwiązanie. Ale trema związana z wejściem w świat kapitalizmu była przeogromna, bo nie miałem przecież żadnego doświadczenia – mówi.

Był rok 2002. W Stanach Zjednoczonych zadebiutował Friendster – protoplasta wszystkich znanych nam obecnie serwisów społecznościowych. W ciągu ledwie kilku miesięcy działalności zyskał grupę ponad 3 mln użytkowników. O sieci stało się bardzo głośno, media pisały o niej na okrągło, prognozy rozwoju stawiane przez analityków były wyłącznie optymistyczne – nic więc dziwnego, że Google chciał go z miejsca przejąć za okrągłe 30 mln dol. Oferta została odrzucona i – jak się okazało – był to największy błąd jego twórców. Nieoczekiwanie gwiazda Friendstera zaczęła szybko gasnąć, bo nie umiał sprostać konkurencji (MySpace oraz Facebook) i dziś wegetuje na skraju internetowej egzystencji w kilku azjatyckich państwach.

Ale w 2003 roku Friendster był na ogromnej fali wznoszącej i nic nie zapowiadało jego rychłej zagłady. 26-letni Tanaka pomyślał, że fajnie byłoby stworzyć podobny serwis na potrzeby Japończyków: marzyły mu się podobny sukces i pieniądze. W tym czasie jeszcze studiował i pracował w internetowej firmie Rakuten, ale myśl o własnym biznesie coraz mocniej go uwierała. I tak w wolnym czasie zaczął się poświęcać projektowi, który nazwał Gree.

Tu po raz pierwszy wykazał się dalekowzrocznością. Postanowił nie budować czystej sieci społecznościowej, a wzbogacić ją o usługi dla graczy komputerowych. Pomysł może wydawać się dziwny, ale nie w Japonii. To społeczeństwo rozmiłowane w komputerowej rozrywce, chłonące ją na wszystkie możliwe sposoby i we wszelkiej formie. Dość powiedzieć, że kilka lat temu hitem sprzedaży była symulacja bycia komarem: należało latać i kąsać ludzi. Japończycy namiętnie w to grali. Sam Tanaka także był (i jest) wielkim miłośnikiem wideorozrywki. – Jako dziecko grałem całe dnie, od rana do wieczora. A gry rodzice zasypiali, po cichu włączałem konsolę i znów grałem – opowiada. Jednak w swoim biznesie postawił wyłącznie na tych, którzy hobby oddają się na urządzeniach przenośnych. Jeszcze kilka lat temu było to posunięcie wizjonerskie, obarczone wielkim ryzykiem: smartfonowa rewolucja dopiero się zaczynała, o tabletach nikt jeszcze nie myślał (no, może poza wyjątkiem Steve’a Jobsa), a szybki mobilny internet dopiero się pojawiał. Ale Tanaka przeczuwał, że branża będzie się tak szybko rozwijać, że wkrótce daleko w tyle zostawi za sobą gry na pecety czy konsole. I nie pomylił się: dziś już 1/3 Japończyków gra na komórkach. – Nie każdy ma peceta, ale każdy ma smartfona – mówi.

Już w 2004 roku serwis Tanaki miał 10 tys. użytkowników. Przedsięwzięcie było czysto hobbystyczne, co oznaczało, że z własnych oszczędności łożył na utrzymanie serwera. Nie minęło dużo czasu i pojawiło się 90 tys. lojalnych internautów, a wraz z nimi zwiększyły się koszty działania. – To właśnie wtedy zdecydowałem się na uruchomienie firmy. Inaczej nie byłbym w stanie się utrzymać – mówi. Sieć rosła, a prawdziwym przełomem stał się dla niej rok 2007: wówczas na rynek trafiła wyprodukowana przez niego pierwsza na świecie gra społecznościowa przeznaczona wyłącznie na urządzenia przenośne. Nie była tak awangardowa jak symulacja komara: łowiło się w niej ryby, można było organizować się w grupy, rzucać wyzwania innym graczom i zespołom. A przede wszystkim za niewielkie pieniądze kupować ulepszenia (wytrzymalsza wędka, mocniejsza żyłka, bardziej apetyczna przynęta), dzięki którym można było stać się wędkarzem niezwyciężonym. Tak właśnie Tanaka odkrył rynek mikropłatności, który okazał się dla niego prawdziwą rzeką pieniędzy. To właśnie stąd, z wpływów z kolejnych gier, pochodzi zdecydowana większość zysków jego firmy.

Dziś serwis Tanaki ma 200 mln użytkowników, co wygląda dość blado przy zmierzającym ku miliardowi Facebookowi (ale nie wiadomo, ile z tych kont jest fikcyjnych – założonych np. na domowe zwierzęta), ale za to może pochwalić się dobrymi wynikami finansowymi. Zuckerberg już nie, a jego firmę ciągnie w dół zwłaszcza nieumiejętność spieniężenia mobilnej rewolucji.

O ile jeszcze kilka lat temu na Facebooka zaglądało się z komputera, dziś najczęściej robi się to za pomocą smartfona. W tym pierwszym przypadku wiadomo było, jak skonstruować reklamę i jak pozyskać ogłoszeniodawców – w efekcie zarobić. Ale w tym drugim Facebook wciąż nie ma wypracowanej strategii – nie wie, jak pogodzić łatwość i szybkość działania serwisu z oczekiwaniami potencjalnych klientów, dla których liczy się czas wyświetlania ogłoszenia i jego miejsce na stronie. A bez skutecznego rozwiązania nie pojawią się firmy gotowe wyłożyć na stół grube miliony, by dotrzeć do miliarda potencjalnych konsumentów. Niemoc trwa, a firma traci.

Tymczasem Gree, napędzane mikropłatnościami, zaczyna wychodzić poza wyspy japońskie. Tanaka, którego majątek magazyn „Forbes” szacuje na 4,3 mld dol., przejął w ubiegłym roku za 100 mln dol. kanadyjskie studio produkujące gry IUGO Mobile Entertainment, by zdobyć przyczółek, z którego zaatakuje rynek Ameryki Północnej. Cel 35-letniego Japończyka jest ambitny. – Chcę, by mój serwis miał miliard użytkowników – mówi najmłodszy miliarder w całej Azji. Czy ktoś przewidzieć, że Friendster zniknie, zanim na dobre biznes się rozkręci? A co będzie z Facebookiem za kilka lat?