Pod koniec września wszystko będzie jasne. Gdzie jesteśmy, dokąd zmierzamy, co państwo zamierza zrobić, a czego nie. Premier wygłosi bowiem przed parlamentem swoje drugie expose. Wśród części publicystów trwa zresztą zażarty spór, czy to, co powie premier, określić jako expose, wystąpienie, czy też będzie to tylko informacja. Cóż, zostawmy ich z tymi problemami i zajmijmy się premierem oraz jego mową.

Oczekiwania są duże i to, co powie Donald Tusk, niewątpliwie stanie się wydarzeniem inaugurującym polityczny sezon. Niektóre punkty wydają się pewne i logiczne. Czyli niekorzystne perspektywy dla sytuacji ekonomicznej z jednej strony i swego rodzaju przygotowanie Polaków na nadchodzące czasy. Złe? Gorsze? Trudne? Ciekawe, jak to zostanie sformułowane. Ale z drugiej strony będzie podkreślenie siły polskiej gospodarki, która mimo wszystko notuje jeden z najwyższych wskaźników wzrostu w Europie. I to przy przyzwoitej kondycji finansów publicznych, które są coraz bliższe osiągnięcia wskaźników wymaganych przez Brukselę. Do punktów mniej pewnych zaliczyłbym kwestię Amber Gold; do wystąpienia premiera zostało jeszcze parę tygodni, być może do tego czasu burza minie, a emocje opadną. Jednak oczywiście najważniejsze jest to, co premier zaproponuje Polakom na trudniejsze czy gorsze czasy. I tutaj dochodzimy do problemu wielkich obietnic. Nieoficjalnie się mówi, że Donald Tusk zaproponuje zmiany w polityce demograficznej i wzmocnienie prorodzinnej roli państwa. Być może padną również inne wielkie obietnice. Tym samym premier po raz kolejny narazi się na test wiarygodności. A ma już kilka takich testów za sobą i trudno powiedzieć, żeby wyszedł z nich jako niekwestionowany zwycięzca. Ciekawe, czy także tym razem premier zdecyduje się na ryzykowny manewr ubrania w wielkie słowa zmian, które niekoniecznie mają charakter fundamentalny. Czyli: sprzedać jakieś posunięcia o ograniczonym zakresie jako reformę emerytur górniczych, udogodnienia dla rodziców wymienić jako skok państwa w polityce prorodzinnej. Z zestawu, który według mniej lub bardziej oficjalnych wieści ma się pojawić w expose, najmocniej może brzmi objęcie rolników podatkiem dochodowym. A na realne duże reformy niespecjalnie przecież mamy co liczyć. Po pierwsze dlatego, że nie ma na nie pieniędzy, po drugie – opozycja i związkowcy mimo wszystkich swoich słabości jednak czuwają, po trzecie – koalicjant też będzie chciał dołożyć swoje, po czwarte – wyborcy mogą mieć dosyć.

Paradoks polega z kolei na tym, że naprawdę ważne deklaracje mogą wcale nie zająć najistotniejszego miejsca w tej całej układance. Z bardzo prostej przyczyny: brzmią mało sexy, bardzo trudno sprzedać je jako przełom, a co gorsza część publiczności w ogóle nie zrozumie, o co chodzi. Tak może się stać z szykowanym przez rząd systemem poręczeń i gwarancji dla małych i średnich firm. Oczywiście diabeł tkwi w szczegółach, ale jeżeli system zostanie wymyślony w sposób sensowny, będziemy mieli do czynienia z nową jakością w tym sektorze gospodarki. Tylko jak to sprzedać w expose, jak dotrzeć z tym przekazem? Przedsiębiorcy być może docenią nowe rozwiązania, szeroka publiczność – już niekoniecznie.

Podobnie może się stać z innymi posunięciami, których realizacja ani nie spowoduje politycznej burzy, ani nie wiąże się z gigantycznymi kosztami dla budżetu. W rządowych kuluarach nieoficjalnie wymienia się powrót do jednego z bardziej udanych elementów z niezbyt udanego poprzedniego pakietu antykryzysowego, czyli uelastycznienie warunków zatrudnienia pracowników. Znów – dla pracodawców sprawa fundamentalna, dla wyborców już mniej, gdyż „uelastycznienie” przeważnie znaczy dla nich tyle, że będzie gorzej.

I jeszcze jedno: to niezwykle interesujące, czy premier wygłosi choć jedno zdanie w kwestii budowy infrastruktury. Po latach rozpędu związanego z Euro 2012 niedługo zacznie zaglądać nam w oczy kompletna zapaść. Co zwycięży: bezwzględne cięcie, owszem, ogromnych kosztów z tym związanych, czy ewidentne korzyści, jakie gospodarce przynosi infrastrukturalny rozwój? Oczywiście znów możemy usłyszeć nierealne obietnice dotyczące budowy dróg i autostrad czy unowocześnienia kolei, ale dużo gorzej się stanie, gdy dla infrastruktury w ogóle zabraknie miejsca.