„Polskie PKB załamie się w roku 2014”. „Grecja będzie musiała wystąpić ze strefy euro”. „Zielone technologie to kolejna bańka spekulacyjna”. Codziennie jesteśmy bombardowani tego typu prognozami wygłaszanymi przez naukowców z tytułami wydanymi przez najlepsze uczelnie ekonomiczne albo ludzi, którzy zjedli zęby na robieniu interesów. Jakie jest prawdopodobieństwo, że ich prognozy się spełnią. – Niewielkie – uważa Philip Tetlock, psycholog z renomowanej Wharton School of Business na Uniwersytecie Pensylwanii (patrz: rozmowa). Skąd Tetlock o tym wie? No, cóż, po prostu to sprawdził.

Zaczął dawno, jeszcze w 1988 r. Tetlock (wtedy jeszcze pracujący na kalifornijskim Berkeley) zwrócił się do prawie 300 renomowanych ekspertów z różnych dziedzin: ekonomistów, politologów i znawców problematyki międzynarodowej, którzy zazwyczaj mieli przynajmniej doktorat i zawodowo zajmowali się doradztwem strategicznym w swoich dziedzinach. Ich zadanie było proste: mieli (anonimowo i w pewnych odstępach czasowych) szacować prawdopodobieństwo rozlicznych przyszłych wydarzeń. „Czy Michaił Gorbaczow padnie ofiarą puczu?”. „Czy Quebec odłączy się od Kanady?”. „Czy w Wielkiej Brytanii w następnych wyborach zmieni się rząd?”. Pojawiły się również pytania szczegółowe w stylu: „Za rok amerykańskie PKB będzie: A. na tym samym poziomie co dziś, B. wzrośnie, albo C. spadnie”. Zadanie zdawałoby się klarowne i łatwe do zweryfikowania. Gdy w 2003 r. eksperyment został zakończony, Tetlock dysponował bazą danych zawierającą 82 361 przepowiedni. I już wiedział, że wynik jest dla próbujących przewidzieć przyszłość ekspertów miażdżący. 

>>> Zobacz też: Nacjonalizacja banków w Europie oraz inne "Szokujące Prognozy Saxo Banku" na 2012 rok

Pocieszające było to, że zawodowi analitycy wypadli lepiej niż szympansy, którym Tetlock kazał rzucać do tarczy z kilkoma kolorowymi polami i potem zestawił małpie przepowiednie z tymi eksperckimi. Gwoli sprawiedliwości trzeba jednak dodać, że różnica nie była uderzająca. Podobnie do ekspertów typowali na przykład studenci pierwszych lat Uniwersytetu Berkeley, a już program komputerowy typujący przyszłe wydarzenia na zasadzie czystego przypadku pobił ich na głowę.

Może to polityka jest nieobliczalna, a ekspertom poszłoby lepiej, gdyby pytania dotyczyły tylko gospodarki i rynków finansowych, które kierują się przecież żelaznymi regułami ekonomii. A zamiast akademików, należy pytać o przyszłość praktyków biznesu? W końcu legendy inwestowania w rodzaju Sorosa, Buffeta czy Paulsona dorobiły się miliardów właśnie na zgadywaniu przyszłych ekonomicznych trendów. Takie zadanie postawiła przed sobą kilka lat temu Christina Fang, profesor zarządzania z Uniwersytetu Nowojorskiego. Wykorzystała do tego celu przeprowadzane co pół roku ankiety (z lat 2003 – 2005) renomowanego „Wall Street Journal”. Dziennik, który czyta cała biznesowa Ameryka, pytał w nich cyklicznie 50 gospodarczych guru o przyszły stan gospodarki: inflację, bezrobocie, oprocentowanie obligacji czy kursy walutowe. Wydawałoby się, że inwestycyjni wyjadacze nie powinni zbytnio mijać się z prawdą. Niestety wynik był jeszcze gorszy niż u specjalistów biorących udział w badaniach Tetlocka. Eksperci częściej się mylili, niż mieli rację. I nie byli lepsi od przypadkowo dobranych niefachowców. A jeśli już któremuś udawało się przewidzieć jakiś wyjątkowo zaskakujący trend, zazwyczaj nie potrafił tego powtórzyć w kolejnych odsłonach.

Ryzyko się opłaca

Jak to możliwe, że ludzie o ustalonej pozycji, renomie, którzy całe życie siedzą w swoim temacie, przepowiadają równie trafnie co szympansy rzucające do tarczy? Prawdopodobnie to wina rynku. Na wiedzę ekspercką istnieje popyt. Prawdopodobnie ma on bardzo atawistyczne podłoże. Już nasi przodkowie nie chcieli być zjedzeni przez drapieżniki. Szukali więc tych, którzy pomogą im się zabezpieczyć przed zagrożeniem. Tak zaczęła się kariera różnego rodzaju szamanów i wyroczni przepowiadających przyszłość w tonie zazwyczaj alarmistycznym. W końcu lepiej nie zostać zjedzonym przez 10 nieistniejących tygrysów, przed którymi drżymy, niż dać się pożreć jednemu bardzo prawdziwemu, którego nie zauważyliśmy.

Jeśli ktoś sądzi, że ludzkość jest dziś dużo dalej, musi pamiętać o niedawnym (maj 2012 r.) eksperymencie przeprowadzonym przez Nattavudha Powdthavee i Yohanesa E. Riyanto z London School of Economics. Naukowcy prosili uczestników badania, by starali się przewidzieć wynik serii rzutów monetą. Tuż przed każdym rzutem oferowano im – za drobną opłatą – ekspercką przepowiednię dotyczącą wyniku. Po rzucie informowano, czy ekspert miał rację. Z początku nikt nie chciał być frajerem i z porady nie korzystał. Gdy okazywało się, że ekspert trafił, aż 12 proc. badanych przed następną próbą wykładało pieniądze na prognozę specjalisty. Jeśli i tym razem ekspert trafiał, gotowość do płacenia za dalsze rady wzrastała do 20 proc. I wcale nie zmieniały tego późniejsze nieudane ekspertyzy. Naukowcy nazwali to dowodem na ludzką gotowość do płacenia za oczywiście bezużyteczną informację. Bo każdy wie, że wyniku rzutu monetą nie da się przewidzieć z prawdopodobieństwem przekraczającym 50 proc. 

>>> Czytaj też: Ekspert: XXI w. będzie stuleciem spowolnienia gospodarczego

Skoro więc jest popyt (i to całkiem sztywny, czyli taki, który trudno zastąpić) na ekspertyzy, to w warunkach wolnej konkurencji ktoś prędzej czy później zacznie je dostarczać. Czy będą celne, nie ma większego znaczenia. Gorzej. Istnieje mechanizm, który zachęca ekspertów do tego, by specjalizować się w ryzykownych prognozach.

– Powiedzmy sobie szczerze. Najbardziej szanujemy takich ekspertów, którzy poszli pod prąd i przewidzieli coś, czego inni się nie spodziewali. Myślimy, że oni muszą wiedzieć więcej. Nic dziwnego, że ekonomista, który przewidział coś nieoczekiwanego, np. wybuch kryzysu z 2008 r., ma interes w tym, by cały świat dowiedział się o jego świetnym strzale. Chodzi więc i powtarza: Miałem rację, miałem rację. A po drugiej stronie transakcji nie ma nikogo, kto powiedziałby: Sprawdzam, i dostarczył listę 118 przepowiedni tego ekonomisty, które się nie ziściły. W tym sensie moja matka też przewidziała kryzys na rynku nieruchomości. Pamiętam, że przepowiadała go co roku, odkąd pamiętam. Aż wreszcie trafiła – kpił niedawno na swoim blogu Steven Levitt, ekonomista z Uniwersytetu Chicagowskiego i autor kultowej „Freakonomii”. Z kogo się naśmiewał? Nietrudno wskazać najbardziej prawdopodobne kandydatury. Na przykład słynnego analityka Nouriela Roubiniego ochrzczonego przez amerykańskie media przydomkiem „Doktor Zagłada” z powodu wyjątkowo chętnie wygłaszanych kasandrycznych przepowiedni dotyczących ekonomicznej przyszłości. Nie na darmo jedna z branżowych anegdot głosi, że ekonomiści przewidzieli siedem z trzech ostatnich krachów gospodarczych.