Jak wynika z danych Ministerstwa Rozwoju Regionalnego, samorządy chętnie wyciągają rękę po pieniądze z Brukseli. Od początku 2007 r. do teraz złożyły w sumie niemal 58 tys. wniosków o dofinansowanie projektów, których łączną wartość oszacowano na 177 mld zł (unijne dofinansowanie miało wynieść niecałe 120 mld zł).

Niestety, ręka wyciągnięta po pieniądze to nie to samo co pieniądze w ręku. Aż 17,3 tys. wniosków, czyli niemal jedna trzecia wszystkich, zostało odrzuconych na etapie oceny merytorycznej. Mówiąc wprost – eksperci instytucji pośredniczących w przyznawaniu środków uznali, że projekty przygotowane przez samorządy nie spełniają wymogów konkursowych. Dlaczego?

Częściowo na to pytanie odpowiada raport Najwyższej Izby Kontroli dotyczący prowadzonych przez samorządy inwestycji drogowych. Wynika z niego m.in., że Krakowowi w okresie 2008–2011 odrzucono dwa z 13 wniosków, ponieważ miasto nie przygotowało projektów budowlanych ani nie uzyskało pozwoleń na budowę planowanych inwestycji. Z kolei w Gdańsku zaprojektowano rondo bez odpowiedniej przepustowości, a w Lublinie zapomniano uwzględnić w projekcie ważnego skrzyżowania.

Bywa i tak, że samorząd sam wycofuje złożony wcześniej projekt i wniosek o dofinansowanie. Najczęściej dlatego że brakuje mu pieniędzy na wymagany wkład własny. Na przykład Warszawie ostatnio koło nosa przeszło 86 mln zł unijnej dotacji na rozszerzenie inteligentnego systemu sterowania ruchem, bo zabrakło jej 15 mln zł.

Jak ustaliliśmy, gdyby wszystkie odrzucone wnioski zostały pozytywnie ocenione, samorządy mogłyby liczyć na dodatkowe 20 mld zł unijnego dofinansowania. Czy to oznacza, że te pieniądze przepadły?

Rzecznik MRR Piotr Popa zapewnia, że nie. – W tych przypadkach w ogóle nie doszło do podpisania umów. Pieniądze trafiły po prostu na inne projekty, zakwalifikowane do wsparcia przez ekspertów. Oznacza to, że dofinansowanie otrzymał ktoś inny – mówi.

Ale samorządy poniosły straty na innym polu. Przygotowanie projektu, całej związanej z nim dokumentacji, a także samego wniosku o dofinansowanie to koszty idące niejednokrotnie w dziesiątki tys. zł.

– Najwięcej pieniędzy pochłaniają projekty infrastrukturalne, gdzie potrzebne są solidny biznesplan i studium wykonalności. To wymaga skomplikowanych analiz ekonomicznych, które udowodnią pozytywne efekty takiej inwestycji – tłumaczy Ewa Nowińska, ekspert funduszy unijnych.

Za takie poważne projekty często odpowiadają zewnętrzne firmy konsultingowe, które z reguły nie chcą ujawniać kosztów przygotowania projektu. Ale z rozmów z przedstawicielami branży wynika, że koszty przygotowania prostego wniosku przy „miękkich” projektach zaczynają się od ok. 5 tys. zł. Bardziej skomplikowane mogą kosztować nawet dziesięć razy więcej. Nawet przyjmując, że koszt przygotowania wniosku to średnio 3 proc. wartości dofinansowania, samorządy mogły stracić od 2007 r. łącznie około 600 mln zł.

Wkład własny pogrąży gminne inwestycje

Samorządy martwią się, czy w związku z ich coraz trudniejszą sytuacją finansową w kolejnych latach będą mogły inwestować z wykorzystaniem funduszy UE. Może się okazać, że nie będą miały skąd wziąć pieniędzy na wkład własny. Co prawda, Ministerstwo Finansów najpewniej zrezygnuje z wprowadzenia reguły wydatkowej, ale teraz prawdziwe obawy lokalnych władz związane są z indywidualnym wskaźnikiem zadłużenia. Będzie on decydował, czy lokalny urząd może sobie pozwolić np. na kolejny kredyt. Formalnie wskaźnik zacznie obowiązywać od 2014 r., a więc w momencie rozpoczęcia kolejnej perspektywy finansowej UE. W praktyce jednak będzie brał pod uwagę wyniki finansowe z trzech poprzednich lat. W pierwszym roku jego obowiązywania istotne będą dane budżetowe za 2011, 2012 i 2013 r. Obecnie poziom zadłużenia samorządów determinują dwa wskaźniki – zadłużenie nie może przekroczyć 60 proc. dochodów, a na jego spłatę nie można przeznaczyć więcej niż 15 proc. dochodów.