Nie może ona być zbyt długa, by nie zanudziła. Ani zbyt krótka, by ciągle wzbudzała żywe zainteresowanie tym, co pozostaje ukryte. Na Ukrainie najwyraźniej ta zasada nie ma zastosowania. Widać to zarówno w popowych teledyskach (ze zdecydowanie zbyt krótkimi sukniami), jak i w sposobie finansowania kampanii wyborczej.

Maksym Butczenko w poczytnym tygodniku „Korriespondient” ustalił, ile pieniędzy wydano w trakcie kampanii przed niedzielnym głosowaniem nad Dnieprem. O ile w Polsce partie polityczne wydały równowartość 32 mln dol., w Czechach – 42 mln dol., a w bijących wszystkich na głowę pod względem dochodów i wielkości społeczeństwa Niemczech – 80 mln dol., o tyle ukraińskie partie wydały na reklamę... 225 mln dol.

Na tyle przynajmniej ocenia te wydatki szef Stowarzyszenia Reklamy Zewnętrznej Artem Bidenko, cytowany przez „Korriespondienta”. Ulice ukraińskich miast zostały wręcz zalane billboardami, wbrew wszelkim zasadom reklamy. I tu kłania się brak znajomości klasyki: suknia ukraińskiego polityka była nad wyraz krótka. Miejscowi spece od reklamy utrzymują, że optymalna liczba billboardów w trakcie dowolnej kampanii reklamowej wynosi 80 w skali miasta wielkości Kijowa. Jeśli jest ich więcej, odbiorcy mają poczucie osaczenia i reklama odnosi skutek przeciwny do zamierzonego. Tymczasem sama rządząca Partia Regionów rozmieściła w ukraińskiej stolicy 500 – 600 billboardów.

Do tego dochodzą wydatki, powiedzmy, mniej formalne. Rozpowszechnioną praktyką, o czym pisaliśmy już na łamach DGP, było wydawanie pieniędzy z budżetu na lokalne potrzeby, by konkretnymi inwestycjami mogli się potem pochwalić kandydaci startujący w okręgach jednomandatowych. A z nich obsadza się połowę parlamentu. Według telewizji TVi poszła na ten cel nawet pięciokrotność oficjalnych wydatków na reklamę. W jednym mieście położono asfalt, w innym odnowiono szpital, gdzie indziej powstał dom kultury. Najbardziej cyniczny okazał się syn premiera Mykoły Azarowa, który obiecał swoim potencjalnym wyborcom uzgodnione już wielkie inwestycje z budżetu, o ile oczywiście go wybiorą.

„Gigantyczne sumy przeznaczane na reklamę odgradzają drogę do władzy nowym ludziom i pozwalają zwyciężać jedynie tym, którzy dysponują ogromnymi pieniędzmi. Czyli i tak już mają władzę” – pisze Butczenko. I trudno się z nim nie zgodzić. Pierwsza setka kandydatów z listy Partii Regionów dysponuje majątkiem wartym 2,3 mld hrywien (908 mln zł). Stu kandydatów Zjednoczonej Opozycji „Batkiwszczyna” więzionej Julii Tymoszenko i Arsenija Jaceniuka ma w sumie „zaledwie” 572 mln hrywien (225 mln zł). Nie trzeba chyba dodawać, kto tu kogo pokonał.