Podczas szczytu w Brukseli za trzy tygodnie David Cameron najpewniej zawetuje porozumienie w sprawie budżetu Unii Europejskiej na lata 2014–2020. Brytyjski premier nie zdołał przekonać Izby Gmin do własnego, i tak już bardzo radykalnego planu cięć. Parlamentarzyści chcą jeszcze większych oszczędności. To zła informacja dla Polski. Jeśli Londynowi udałoby się zrealizować swój scenariusz, w nadchodzących 7 latach Polska straci prawie 30 mld euro subwencji.

Cameron proponował, aby wydatki Brukseli do 2020 r. zostały realnie zamrożone, a więc rosły w takim samym tempie jak inflacja. W praktyce oznacza to obcięcie budżetu Unii o około 200 mld euro (20 proc.) w stosunku do projektu opracowanego przez ekipę Jose Manuela Barroso (popiera go Parlament Europejski). Dla Polski propozycja Camerona i tak jest już bardzo zła: oznacza stratę w latach 2014–2020 ok. 16 mld euro na funduszach strukturalnych i 8 mld euro na polityce rolnej.

Ponieważ pozostali płatnicy netto z Niemcami i Francją na czele chcą znacznie mniejszych cięć (100 mld euro), stanowisko brytyjskiego premiera, które popiera wyłącznie Dania, i tak groziło zerwaniem szczytu UE 22 listopada. Jednak w środę konserwatywny deputowany z Kentu Mark Reckless wywołał bunt w samej partii Camerona i pociągnął za sobą 40 parlamentarzystów. Zażądał jeszcze dalej idących oszczędności: już nie tylko zamrożenia realnych wydatków Brukseli do 2020 r., lecz także ich realnego ograniczenia. Jego stanowisko poparła opozycyjna Partia Pracy. W efekcie Cameron przegrał głosowanie stosunkiem 307 głosów do 294. – Premier będzie musiał uwzględnić decyzję parlamentu podczas szczytu w Brukseli – przyznał rzecznik Camerona.

Teoretycznie decyzja w sprawie nowej perspektywy finansowej, która zaczyna się w 2014 r., może zostać odłożona do wiosny przyszłego roku. Jednak dla Polski każda zwłoka oznacza, że rząd nie może planować wieloletnich inwestycji i rozpisywać przetargów, np. na budowę nowych autostrad. W okresie osłabienia koniunktury gospodarczej to zła wiadomość dla naszego kraju. Jednak jeśli Cameron za bardzo przeciągnie strunę i do porozumienia nie dojdzie nawet w przyszłym roku, wówczas w 2014 r. będzie obowiązywało tzw. prowizorium budżetowe: wydatki będą takie same, jak w poprzednim roku, powiększone o wskaźnik inflacji.

Radykalizacja nastrojów wobec Unii w Wielkiej Brytanii to wynik załamania gospodarczego. Nawet lider Liberalnych Demokratów wicepremier Nick Clegg, który do tej pory był zwolennikiem integracji, teraz także popiera twarde stanowisko Camerona w negocjacjach nad budżetem UE.

– Od 2008 r. dochody Brytyjczyków spadły o 13 proc., bezrobocie wzrosło do 8 proc., a gospodarka z trudem wychodzi z recesji i w nadchodzących latach będzie się rozwijała w anemicznym tempie. W tej sytuacji politycy próbują przerzucić frustrację ludzi na Brukselę – mówi DGP Simon Tilford z londyńskiego Center for European Reform (CER).

Cameron w szczególności obawia się rosnącej popularności UK Independent Party, która domaga się wyjścia Zjednoczonego Królestwa z Unii i która może zabrać Konserwatystom sporo głosów w wyborach w 2015 r. W stosunku do czasów Tony’ego Blaira swoje stanowisko wobec Unii radykalnie zaostrzyła także Partia Pracy.

Mimo wszystko Wielka Brytania jest dopiero czwartym co do wielkości płatnikiem netto (dopłaca ok. 5,5 mld euro do budżetu Unii) po Niemczech (9 mld euro), Francji (6,4 mld euro) i Włoszech (5,9 mld euro). A kraje te, choć również przeżywają poważne trudności gospodarcze, utrzymują wyważone stanowisko wobec przyszłego budżetu Unii.