Ukraiński Dniepropietrowsk, rodzinne miasto liderki Zjednoczonej Opozycji „Batkiwszczyna” (OOB) Julii Tymoszenko. Wyborcza niedziela. Do urny podchodzi 30-letnia kobieta – blondynka ubrana w dżinsy i granatowy żakiet. Do przezroczystej skrzynki wrzuca plik kart do głosowania, jak się można domyślać – już wypełnionych. Wszystko rejestrują kamery, umieszczone niemal w każdym lokalu. Obraz trafia do internetu.

Zachodni obserwatorzy ukraińskich wyborów parlamentarnych stawiają sprawę jasno: Kijów uczynił krok wstecz, jeśli chodzi o zachowanie demokratycznych standardów. O masowych fałszerstwach na wzór białoruski czy rosyjski nie ma jednak mowy, a wyniki wyborów zostaną przez Zachód, choć z zastrzeżeniami, uznane. Jak wiemy nieoficjalnie, będzie o to lobbował m.in. polski MSZ. Nie zmienia to tego, że podkręcenie wyniku na korzyść rządzącej Partii Regionów (PR) i jej sojuszników jest faktem. – Wszystkie wykorzystywane przez władze metody mogły dodać do rzeczywistego wyniku PR do 6 pkt proc. – mówi DGP polityk OOB Andrij Szkil. Według wstępnych wyników niebiescy otrzymali nieco ponad 30 proc. głosów.

– Brak właściwej reakcji władzy na wielokrotne naruszenia prawa wyborczego prowadzi do bezkarności sprawców i rzuca cień na procesy demokratyzacji, które do niedawna zachodziły na Ukrainie – oświadczyła w rozmowie z „Kommiersantem Ukraina” szefowa misji obserwacyjnej Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie na Ukrainie Brytyjka Audrey Glover.

Anarchiści wciąż żywi

Obserwatorzy informują m.in. o karuzeli. Polega ona na wożeniu z góry opłaconych ludzi od lokalu do lokalu, by głosowali na podstawie sfałszowanych zaświadczeń o prawie do udziału w wyborach poza własnym okręgiem. Takie przypadki dotyczyły np. górników z Zagłębia Donieckiego, gdzie wynik od zawsze był podkręcany na korzyść niebieskich. Ale istnieje jeszcze jeden rodzaj karuzeli. Wyborca dostaje od organizatora kartę do głosowania z zaznaczoną już partią. Idzie z nią do lokalu i wrzuca do urny, a organizatorowi przynosi otrzymaną czystą kartę, która po spreparowaniu zostanie wręczona następnej kupionej osobie. I tak koło się zamyka.

– Ludzie zarabiają grosze. Proszę się nie dziwić, że jeśli ktoś dostanie 100 hrywien (40 zł), to zagłosuje, na kogo trzeba, a za 700 hrywien (280 zł) będzie jeździć cały dzień od komisji do komisji – mówi deputowana OOB Ołeksandra Kużel. Inną nieczystą metodą walki o wynik jest wykorzystywanie pozycji. Rektor jednej z podkijowskich uczelni Petro Melnyk nakazał studentom głosowanie właśnie w jego okręgu. Z kolei p.o. mera Kijowa Hałyna Hereha – jak utrzymuje opozycja – miała zwozić do stolicy z całego kraju pracowników należącej do jej rodziny sieci supermarketów budowlanych Epicentr.

Tego typu praktyki są tu nazywane adminresursem, czyli wykorzystywaniem zasobów, jakie daje władza. To dużo bardziej dyskretny sposób zabezpieczenia odpowiedniego wyniku niż prostackie wrzucenie kart do urny albo wpisanie do protokołów wziętych z sufitu liczb poparcia. A przy okazji jest to proceder trudniejszy do udowodnienia. To, że adminresurs jest problemem, potwierdzają w rozmowie z nami nawet członkowie obozu władzy. Tyle że utrzymują oni, iż w najlepszym wypadku jest on wyrazem nadgorliwości lokalnych działaczy. – W Galicji, gdzie większość lokalnej władzy pozostaje w rękach opozycji, adminresurs jest wykorzystywany tak samo jak w Doniecku – twierdzi w rozmowie z DGP kojarzony raczej z obozem władzy politolog Andrij Doroszenko.

Niektóre przypadki rzeczywiście można zrzucić na karb nadgorliwości. Na Ługańszczyźnie do niektórych komisji trafiła instrukcja lokalnych struktur Partii Regionów, by na prowincji nie wydawać wyborcom dwóch kart do głosowania (jednej dla ordynacji proporcjonalnej, gdzie głosuje się na konkretną partię, a drugiej do wytypowania kandydata z okręgu jednomandatowego). Karty większościowe miały być potem wypełniane przez członków komisji. Taki sposób oszukania wyborcy jest o tyle łatwy do przeprowadzenia, że – jak wynika z badań fundacji Inicjatywy Demokratyczne – jedynie 54,2 proc. ankietowanych wiedziało o tym, że w niedzielę otrzyma dwie karty do głosowania. W jaki sposób jednak można zachować tajemnicę, jeśli w skład komisji wchodzą przedstawiciele zarejestrowanych partii? Poprzez ugrupowania wydmuszki. W wyborach startował np. Związek Anarchistów Ukrainy (SAU).

– Oni mają może 200 członków, a jednak udało im się jakimś cudem wysunąć tysiące kandydatów do komisji obwodowych. Na czele jednej z nich stoi przedstawicielka SAU, na co dzień dyrektorka jednej ze szkół w Ługańsku. Do tej pory zawsze była związana z PR. Pytaliśmy ją, od kiedy jest anarchistką, ale nie chciała z nami rozmawiać – mówi DGP Dmytro Hnap, szef śledczego portalu Slidstwo.info.

Jeśli w danej komisji większość stanowią członkowie podobnych partii, mogą ułatwić zamiecenie nieprawidłowości pod dywan. Albo wręcz sfałszować wybory przy głosowaniu domowym dostępnym dla chorych. Czasami takich chorych było podejrzanie dużo, w niektórych rejonach obwodu odeskiego nawet do 20 proc. Po mieszkaniach z urną jeździ szef komisji, jego zastępca i dwóch innych członków. Wyobraźmy sobie, że szefem jest prorządowy komunista, zastępuje go regionał, reszta to przedstawiciele tego typu partii wydmuszek. W tych warunkach podmiana kart to żadna sztuka.

Legalnie kupione media

Okręgi jednomandatowe, istniejące już w czasach prezydentury Leonida Kuczmy, zostały przywrócone do ordynacji przed rokiem. W ten sposób wybierana jest połowa parlamentu. Daje to handicap partii władzy; w tego typu ordynacji dużo łatwiej jest wygrać wybory kandydatowi PR bądź formalnie niezależnemu człowiekowi, który w parlamencie będzie głosował „po linii”. Wstępnie wiadomo, że „niezależnym” udało się zdobyć niemal 50 mandatów na 450 możliwych. O ich związanie z rządem będzie się teraz toczyć gra.

Właśnie na okręgach jednomandatowych skupiło się gros adminresursu. Najpopularniejszy sposób to obietnice załatwienia z budżetu wielomilionowych inwestycji. W ten sposób o wejście do parlamentu walczył choćby syn premiera Mykoły Azarowa – Ołeksij. Junior, startujący w Słowiańsku w Zagłębiu Donieckim, oświadczył potencjalnym wyborcom, że uzyskał w Kijowie obietnicę wielomilionowych dotacji, jeśli tylko wygra. – W charakterze zachęty pożyczył od Doniecka pięć nowoczesnych trolejbusów, które wsparły wysłużony miejscowy tabor – opowiada Dmytro Hnap. Ołeksija Azarowa poparło 3/4 głosujących. Po wyborach ogłoszono, że trolejbusy zostają w Słowiańsku, a Donieckowi zapłaci się za nie z budżetu centralnego.

Telewizja TVi obliczyła, że w ten sposób „zainwestowano” w sumie 8 mld hrywien (3,1 mld zł). Rekordzistą okazał się kandydat PR Władysław Łukjanow, który dla swojego okręgu w poddonieckim Szachtarsku załatwił 155 mln hrywien (60 mln zł). Łukjanow miał ułatwiony dostęp do pieniędzy nawet jak na donieckie standardy, bowiem jest szefem parlamentarnej komisji ds. budżetu. Wysoko na liście TVi znaleźli się także syn prokuratora generalnego Artem Pszonka i Serhij Klujew, brat kierującego radą bezpieczeństwa i obrony.

Same media też łatwo tutaj kupić. Tak zwana dżynsa, czyli opłacane przez polityków materiały prasowe, to prawdziwa plaga. W półtabloidowej „Komsomolskiej Prawdzie w Ukrainie”, zdaniem Instytutu Informacji Masowej, nawet co piąty artykuł wyglądał na zamówiony. Oczywiście w większości przypadków takie praktyki załatwia się pod stołem. Kuriozalnym wyjątkiem opisanym przez „Ukrajinśkyj Tyżdeń” była historia z Żytomierza. Lokalne władze zawarły z mediami oficjalną umowę. W zamian za 1,3 mln hrywien (510 tys. zł) miały one przychylnie pisać o realizowanych w obwodzie inwestycjach.

Najlepszą puentą dla niedzielnych wyborów są więc słowa staruszki z dalekiej prowincji, która w materiale telewizji 5 Kanał powiedziała: – Gdyby wybory były uczciwe, to żadne kamery w lokalach nie byłyby potrzebne.