– Przepisy ustawy spowodują, że szansę na powstanie będą miały jedynie projekty najtańsze pod względem nakładów inwestycyjnych i jednocześnie najefektywniejsze pod względem czasu pracy turbin – przyznaje Krzysztof Prasałek, prezes PSEW.

Z wyliczeń PwC wynika, że przy proponowanym przez Ministerstwo Gospodarki systemie wsparcia dla energetyki wiatrowej opłacalne pozostają jedynie projekty budowane po 1,5 mln euro za 1 MW i w warunkach pozwalających na 2500 godzin pracy rocznie. Co w tym złego? – Dziś zaledwie ok. 3 proc. wszystkich projektów spełnia tak wyśrubowane warunki – mówi Krzysztof Prasałek. Polskie warunki powodują, że najczęściej inwestorzy szykują się do budowy farm z parametrami 1,6 mln euro za 1 MW i 2100 godz. pracy rocznie.

Eksperci PwC podkreślają, że nowy system wsparcia zmienia zasady gry dla już istniejących elektrowni. Część inwestorów może nie być nawet zdolna do spłaty zaciągniętych wcześniej kredytów na budowę i zostanie narażona na bankructwo. Z tego powodu wycofanie z Polski zapowiedzieli już dwaj najwięksi gracze na rynku, hiszpańska Iberdrola i duński Dong Energy.

Janusz Pilitowski, dyrektor departamentu energii odnawialnej w Ministerstwie Gospodarki, tłumaczy, że system wsparcia producentów czystej energii wymagał zmian. Resort ogranicza pomoc dla wiatraków i dużych elektrowni spalających węgiel z domieszką biomasy (dziś to połowa zielonej energii produkowanej w Polsce), a stawia na wsparcie małych przydomowych źródeł, jak np. fotowoltaika i elektrownie spalające tylko biomasę i biogaz. W porównaniu z obowiązującym systemem wsparcia do 2020 r. oszczędności z tego tytułu mają przynieść 9,7 mld zł.

W ciągu ośmiu lat Polska zobowiązała się jednak wypełnić unijne limity udziału zielonej energii (15 proc. w końcowym zużyciu). Z najnowszych danych Urzędu Regulacji Energetyki wynika, że by wypełnić polskie zobowiązania w dzisiejszych warunkach, moc wszystkich lądowych elektrowni wiatrowych (2,3 tys. MW) musiałaby być trzy razy wyższa.