Tak wyglądały wybory dla mieszkańców rejonów dotkniętych kataklizmem. Po przejściu „Sandy” 50-tysięczne Hoboken w New Jersey, położone visà- vis Manhattanu po drugiej stronie rzeki Hudson, zostało odcięte od świata. Zniszczenia są gigantyczne. W dzień wyborów ponad tysiąc domów wciąż było bez prądu, a służby miejskie pracowały non stop, przywracając miasto do normalności. Nie kursuje komunikacja. 

Jeszcze w weekend nie było wiadomo, co z głosowaniem. Dom kultury, gdzie zwykle mieści się lokal wyborczy, był pod wodą. Największym problemem okazało się paliwo, które wyciekło z zalanych aut i wdarło się do budynku. Gdy w poniedziałek wieczorem pojawił się prąd, mieszkańcy Hoboken odetchnęli z ulgą. Lokal otworzył się zgodnie z planem o 6 rano następnego dnia. Po drugiej stronie rzeki ludzie mieli jednak dużo gorzej. Huragan zniszczył w Nowym Jorku 59 lokali.

Władze w telewizji i za pośrednictwem internetu ogłaszały, gdzie je przeniesiono. W poniedziałek wieczorem rzesze wyborców wciąż nie miały pojęcia, jak głosować po „Sandy”. Kilkaset tysięcy osób nadal żyje bez prądu, komórek i mieszka w schroniskach. Ważniejsze dla nich jest zorganizowanie podstawowych spraw życiowych niż bieganie po mieście w poszukiwaniu informacji o wyborach. Na Staten Island, gdzie lokali wyborczych nie było gdzie przenieść, głosowanie odbywało się w namiotach. Ludzi dowoziły do nich darmowe busy uruchomione przez burmistrza Bloomberga. Komisje przyświecały głosującym latarkami, bo prądu wciąż brak.

By ułatwić wyborcom życie, władze Nowego Jorku zezwoliły na głosowanie w dowolnym punkcie wyborczym w stanie za okazaniem dowodu tożsamości. Gubernator zdewastowanego New Jersey poszedł jeszcze dalej i zezwolił na głosowanie przez e-mail, a nawet faksem. Ci, którzy stracili domy, mają prawo być potraktowani jak wyborcy z zagranicy – przysługują im dodatkowe dwa tygodnie na wypełnienie i odesłanie pocztą kart. Wreszcie w dniu wyborów po mieście biegali specjalni posłańcy, których zadaniem było dostarczanie kart wyborczych do schronisk, a następnie odwożenie ich do lokali wyborczych.

– W głosowaniu pocztą lub faksem wyborca tylko się podpisuje, nikt nie sprawdza jego tożsamości. Gdyby rzecz działa się w stanach swingujących (gdzie wyborcy zmieniają swoje sympatie), na 100 proc. musielibyśmy kilka razy liczyć głosy, a może i powtarzać wybory – mówi nam politolog Ben Dworkin z Uniwersytetu Rutgers w New Jersey. Gdy 12 lat temu problemy z procedurą wyborczą pojawiły się na Florydzie, o wyborze prezydenta zadecydował nie naród, ale Sąd Najwyższy. Na tym nie koniec. – Jeżeli okazałoby się się, że frekwencja w dniu wyborów byłby niższa niż 25 proc., możemy ustanowić dodatkowy dzień głosowania w terminie do 26 listopada – wyjaśnia członek komisji wyborczej z Nowego Jorku John Conklin.

W ponad 30 stanach dopuszczalne jest przedterminowe głosowanie. Lokale wyborcze otwierają się tam już na kilkanaście dni przed wyborami, karty lub głosy oddane elektronicznie są na bieżąco liczone, ale pozostają na miejscu do końca. Zniszczenie tych kart lub sprzętu do głosowania byłoby dla wyborów koszmarem na niewyobrażalną skalę. Analitycy szacują, że do wtorku zagłosowało w ten sposób nawet do 30 proc. Amerykanów.