Polska (z pewnym opóźnieniem, ale jednak wyraźnie) przyswaja sobie kultową za oceanem postać zombie. Wszędzie ich pełno: singiel zespołu Lao Che pod tym właśnie tytułem szturmuje rodzime listy przebojów, telewizja emituje drugi sezon serialu „Żywe trupy”, a marzeniem dziewczynek w wieku szkolnym nie jest już złotowłosa Barbie, lecz upiorna laleczka z linii Monster High. Na dodatek niedawno mieliśmy pierwszy listopada. Czy moda na zombiaki dotyka także ekonomii? Oczywiście.

Uważa tak choćby czołowy australijski keynesista John Quiggin. Wytykanie ekonomiście pracującemu na co dzień na Uniwersytecie Queenslandu przynależności do szkoły Johna Maynarda Keynesa nie jest w tym kontekście tylko przypadkowym szufladkowaniem. To w końcu brytyjski twórca teorii efektywnego popytu powiedział kiedyś, że większość politycznych debat o gospodarce jest toczona przez ludzi pozornie racjonalnych i pragmatycznych, ale tak naprawdę pozostających pod wpływem jakichś od dawna nieżyjących ekonomistów. Czyli przekładając Keynesa na dzisiejszy język – wielcy ekonomiści z przeszłości to właśnie modelowe zombiaki. Niby umarli, ale jednak co rusz wyłażą z trumien i terroryzują tego czy owego politycznego decydenta.

Zdaniem Quiggina żywych trupów jeszcze więcej wśród idei ekonomicznych. Aby je zdemaskować, Australijczyk napisał w 2010 r. książkę pod wiele mówiącym tytułem: „Zombie economics. How dead ideas still walk among us” (Ekonomia zombie. Jak martwe koncepcje chodzą ciągle między żywymi). Pierwszy z zombiaków to tzw. wielkie uspokojenie (the great moderation). Czyli przekonanie, że począwszy od 1985 r., świat przeżywał bezprecedensowy w historii okres gospodarczej prosperity. To czas, gdy szef Rezerwy Federalnej Alan Greenspan lansował tezę, iż ekonomistom (głównie liberałom i monetarystom) udało się zabezpieczyć zachodni świat przed kolejnymi głębokimi kryzysami. Krach 2008 r. zabił to przekonanie. Tylko pozornie – przekonuje Quiggin, wskazując, co od momentu jego wybuchu robi większość polityków i ekonomistów. Jego zdaniem chcą oni przeczekać kryzys i wrócić do polityki uprawianej przed 2008 r.: wiary w zbawczą moc operowania stopą procentową, potęgi banku centralnego i deregulacji gospodarki. Słowem ożywianie zombiaka trwa, a widoków na przełom w myśleniu o gospodarce brak.

Zaraz za nim nadchodzi drugi truposz. To hipoteza rynku efektywnego, zgodnie z którą w każdej chwili ceny papierów wartościowych w pełni odzwierciedlają wszystkie informacje dostępne na ich temat. Kryje się za nim przekonanie, że rynki finansowe to zdrowe serce kapitalizmu, które doskonale wie, co robi. Dlatego trzeba zostawić je w spokoju i nie męczyć regulacjami. Zdaniem Quiggina to przekonanie powinno być martwe przynajmniej od czasu pęknięcia bańki internetowej pod koniec lat 90., a najpóźniej od momentu, gdy globalnym sektorem finansowym wstrząsnęły skutki pompowanej przez lata bańki mieszkaniowej. A jednak. Zombie powrócił. Obecnie daje zresztą ogromny pokaz siły, dyktując twarde warunki reform tak potężnej organizacji jak Unia Europejska, byle tylko zadowolić rynki finansowe.

Trzeci zombiak to dla Quiggina tzw. teoria skapywania. Czyli przekonanie, że jeśli najbogatszej części społeczeństwa dobrze będzie, to zwiększy się jej skłonność do inwestowania, tworzenia nowych miejsc pracy i w tym sensie coś skapnie tym znajdującym się niżej na drabince dochodów. Otóż nie skapuje. W ostatnich 30 latach najbogatsi stali się w zachodnich społeczeństwach znacznie bogatsi, natomiast cała reszta ma albo tyle samo, albo mniej. Zjawisko można pokazać na danych statystycznych pochodzących ze wszystkich krajów Zachodu (od USA po Niemcy). I gdzie tu skapywanie? A jednak i ta idea nie jest do końca martwa. Bo najbogatsi bronią się rękami i nogami przed ewentualnymi podwyżkami podatków, grożąc (jak ostatnio we Francji) ucieczką do miejsc, gdzie fiskus jest im bardziej przychylny.

Zombiaki, zombiaki, zombiaki. Według Quiggina wciąż władają one ekonomią i nie chcą ostatecznie umrzeć. To również charakterystyczne dla współczesnej kultury popularnej. Kiedyś zombiaki były żenująco powolne, głupie i niezdarne. Współcześnie to stwory szybkie, przebiegłe i dlatego praktycznie nie do pokonania.