Paczka papierosów kosztuje w kiosku 10,80 zł. Jest jednak sposób, by zapłacić za nią 5–6 zł. Wystarczy kupić pocięty tytoń i za pomocą ustawionej w sklepie maszyny do napełniania gilz samemu zrobić sobie papierosy. Metoda jest prosta, a oszczędności duże, nic więc dziwnego, że takich urządzeń, najczęściej udostępnianych klientom za darmo, jest coraz więcej. Koszt jednego waha się od 30 zł do 1500 zł.

Im więcej amatorów ciętego tytoniu i skręcania papierosów, tym większy zysk właściciela sklepu. Ale tracą na tym firmy tytoniowe oferujące markowe wyroby i fiskus: akcyza od pociętego tytoniu jest niższa niż od fabrycznych papierosów. W efekcie do państwowej kasy trafia mniej pieniędzy. Celnicy walczą więc z tym procederem. W rozmowie z DGP przyznają, że rekwirują takie urządzenia. Ich działania akceptują prokuratorzy i wydają postanowienia zatwierdzające zatrzymanie maszyny. Twierdzą, że każdy, kto z niej korzysta, nie skręca papierosów, lecz je produkuje, a produkcję można prowadzić jedynie w specjalnie przeznaczonych do tego miejscach, czyli składach podatkowych. Tłumaczenie celników i prokuratorów, jak twierdzą sądy karne, jest jednak absurdalne. Producentem jest bowiem ten, kto wytwarza papierosy na sprzedaż, a nie na własny użytek.

Wszystko wskazuje na to, że amatorzy papierosów z maszyny mogą być nawet oskarżeni o przestępstwo podatkowe, choć w praktyce kontrole celników skierowane są – na razie – przeciw sklepom. Właściciele placówek handlowych nie pozostają jednak bezradni. Jak tłumaczy Ryszard Sowa, adwokat z kancelarii Tokarski, Olszewski i Wspólnicy, sądy podchodzą do sprawy zdroworozsądkowo i uchylają postanowienia prokuratorów. Oferujący maszyny do skręcania papierosów publikują w internecie skany korzystnych dla sklepikarzy wyroków sądowych.