Osiemnastoletni Ronald Ramos wygląda na skonsternowanego, gdy musi odpowiedzieć, dlaczego po ukończeniu liceum nie podszedł do egzaminów na studia, nie poszukał pomocy finansowej i nie spróbował aplikować do college’u. „Rodzice nie znają tutejszego systemu. Nie wiedzielibyśmy, jak to zrobić.” – stwierdza podczas wywiadu, który przeprowadzam z nim w Georgetown South, latynoskiej dzielnicy Manassas w stanie Wirginia.

Latynosi pokroju Ronalda Ramosa to najszybciej rosnący komponent amerykańskiej siły roboczej. Stany Zjednoczone potrzebują ich podatków, by móc wypłacać zasiłki i emerytury oraz ich umiejętności, by wypełnić wakat po opuszczającym rynek pracy pokoleniu baby boomu. Obecnie Ramos, z pochodzenia Meksykanin, szuka tymczasowego zatrudnienia, by zarobić na studia. Jeżeli mu się nie uda, będzie kolejnym Latynosem poniżej 25. roku życia, który nie posiada dyplomu licencjata. Dziś ich odsetek wynosi aż 80 proc.

Niski poziom wykształcenia wśród hiszpańskojęzycznych imigrantów to ogromne wyzwanie dla amerykańskiego rynku pracy i poważne zagrożenie dla gospodarki. Słabo wyedukowani Latynosi nie otrzymają lepiej płatnych stanowisk, co tylko pogłębi dysproporcję dochodów w USA. Bez wyższych płac nie dołączą też do grupy konsumentów, którzy napędzają amerykańską gospodarkę. W październiku bezrobocie wśród Latynosów wyniosło 10 proc., w porównaniu do 7,9 proc. w skali kraju.

>>> Czytaj też: Tymczasowa legalizacja pobytu w USA dla młodych nielegalnych imigrantów

Stany Zjednoczone nie mają wyboru – żeby się rozwijać, muszą opracować taktykę pomocy imigrantom z południa. Tymczasem, według National Center for Education Statistics (NCES), w 2011 r. tylko 14 proc. Latynosów powyżej 25. roku życia mogło pochwalić się dyplomem licencjata. Zdobyło go za to 51 proc. Azjatów, 20 proc. Afroamerykanów i 34 proc. białych.

Spośród 47 mln pracowników, którzy w latach 2010-2050 zasilą amerykański rynek pracy aż 80 proc. będą stanowić Latynosi. Rośnie też ich znaczenie jako konsumentów. Przedsiębiorstwa zdają sobie sprawę, że nie odniosą sukcesu na amerykańskim rynku, jeśli nie uda im się do nich dotrzeć – wiedzą to zarówno producenci smartfonów jak i kiełbasek. Latynosów będzie w Ameryce bardzo, bardzo dużo.

Choć nie jest im łatwo, hiszpańskojęzyczni imigranci robią pewne postępy; zdają sobie bowiem sprawę ze znaczenia wyższego wykształcenia. Z każdym rokiem ich odsetek w college’ach rośnie, coraz rzadziej zdarza im się też nie ukończyć liceum. Przeszkody na drodze do edukacji to przede wszystkim przestępczość (z członkami gangów młodzi ludzie spotykają się już w szkole), a także ubóstwo – często w jednym domu tłoczy się po kilka pokoleń, a wielodzietnym rodzinom ciężko odkładać pieniądze na college.

To właśnie Latynosi przyczynili się do zwycięstwa Baracka Obamy w wyborach prezydenckich 6 listopada – zadecydowali o jego wygranej w stanach takich jak Floryda, Kolorado, Nevada i Wirginia. Poparli Obamę zapewne dlatego, że w czerwcu zatwierdził program ochrony przed deportacją nielegalnych imigrantów, którzy przybyli do USA przed 16. rokiem życia i którzy mają poniżej 30 lat. Pozwoli im to na uczęszczanie do amerykańskich szkół i ubieganie się o pozwolenie na pracę. Republikanie z Mittem Romneyem na czele mieli natomiast w planach zaostrzenie polityki imigracyjnej.

>>> Polecamy: Wybory prezydenckie w USA: Obama zapowiada zmianę prawa imigracyjnego