Matthew Corrin ma jedno marzenie. Jedno, ale za to bardzo konkretne: dorównać Howardowi Schultzowi. Twórca sieci Starbucks zrewolucjonizował rynek kawiarniany, i to za jego sprawą picie kawy (choćby z papierowego kubeczka) znów stało się częścią dnia setek milionów ludzi na całym świecie. Corrin chciałby pójść w jego ślady. Nie chodzi mu jednak o kawę, ale o jedzenie. Na razie jest na najlepszej drodze, by założona przez niego sieć restauracji Freshii mocno pomieszała szyki fast foodowym potentatom.

Pierwszy dzień Corrina w nowym biznesie – czyli otwarcie baru w kanadyjskim Toronto – z pewnością nie należał do udanych. Prawdę mówiąc, był pasmem porażek, choć zaczął się tak obiecująco. Mimo niewielkich nakładów na reklamę w lokalu pojawiło się sporo ludzi, tak że tworzyły się nawet kilkuosobowe kolejki do kasy. Czy debiutującego właściciela restauracyjki może ucieszyć coś bardziej?

Jednak jako pierwszy stresu związanego z zapowiadającym się sukcesem nie wytrzymał kucharz: tak błyskawicznie i zarazem nerwowo zaczął siekać warzywa, by nadążyć za zamówieniami, że odciął sobie kawałek kciuka. I musiał natychmiast pojechać do szpitala na ostry dyżur, by nie stracić i palca, i czucia w nim. Na tym nie koniec: nadwrażliwy na widok krwi okazał się pomocnik szefa kuchni. Ten zwyczajnie zemdlał i bardzo długo nie mógł dojść do siebie. Tymczasem klienci czekali, rosło głośne zniecierpliwienie, więc by ratować sytuację i nie dopuścić do klapy, w kuchni zaczął działać sam Corrin, a ponieważ nie nadążał, ściągnął na pomoc swoją dziewczynę. – Nie miałem żadnego doświadczenia w prowadzeniu restauracji czy nawet w handlu, więc rozpoczynanie takiego biznesu z pewnością nie było najmądrzejszą rzeczą. Dziś to wiem. Ale wiem także, że biznesmen powinien ryzykować i rzucać się na głęboką wodę. Bez tego nie ma sukcesu – mówi.

Pomysł, który odmienił jego życie, przyszedł mu do głowy, gdy miał 23 lata i chciał zaczepić się w Nowym Jorku. Studiował medioznawstwo, udało mu się zatrudnić w dziale PR w firmie słynnego projektanta mody Oscara de la Renty. Jednak za którymś razem, po kolejnych nastu z rzędu przepracowanych godzinach, wyszedł zmęczony i głodny z biura na Manhattanie i próbował znaleźć miejsce, w którym mógłby coś przekąsić. Coś świeżego, zdrowego i zielonego, do tego nieprzetworzone mięso, bo nie miał ochoty na następnego burgera z frytkami i litrowy pseudodietetycznym napojem gazowanym. I koniecznie w miłym otoczeniu, by oczy odpoczęły od bladego światła jarzeniówek. Nie udało się. – Jedzenie było tłuste, a obsługa koszmarna, jednak nie miałem żadnego wyboru. Właśnie wtedy pomyślałem, że fajnie byłoby, gdyby działał w okolicy niedrogi barek podający sałaty czy choćby świeże warzywa. A po kolejnej chwili dotarło do mnie, że przecież ja mógłbym uruchomić taki lokal – opowiada.

Wprowadzenie planu w życie zajęło mu aż 6 lat. W tym czasie porzucił myśl o przeniesieniu się na stałe do Wielkiego Jabłka i powrócił do rodzinnej Kanady. W końcu w 2005 roku pierwsza restauracyjka, wtedy nazywająca się jeszcze „Lettuce Eatery” (Sałaciana Jadłodajnia), otworzyła podwoje. Pieniądze na rozruch interesu pożyczyli Corrinowi rodzice (on dorzucił do puli własne niewielkie oszczędności), a potem opracował biznesplan oraz strategię. – Chciałem, by mój bar był inny od wszystkich. Przyświecała mi jedna myśl: w końcu pozbawić ludzi wymówki, że muszą jeść niezdrowe hamburgery, bo nie mają żadnego wyboru – wspomina. Już pierwszy dzień działania, pomijając bolesne i przykre zdarzenia, które przydarzyły się kucharzom, był bardzo obiecujący. Zachwyceni klienci rozprawili się z zapasem jedzenia. I tak było w dniach kolejnych.

Tajemnicą sukcesu Corrina oraz jego Freshii okazał się sposób podawania potraw. A właściwie jego brak. Kucharz codziennie kupuje świeże mięsa, warzywa oraz owoce, a potem wstępnie je przygotowuje. Reszta należy do klienta, który sam komponuje najbardziej odpowiadający mu zestaw smaków. I nie musi ograniczać się do sałat: to może być zupa lub wrap (czyli zawinięta kanapka, np. meksykańska tortilla czy kaukaski lawasz). No i bardzo ważna jest jeszcze możliwość wyboru: codziennie jest 70 różnych składników. – Do tego podajemy informacje o zawartości tłuszczu, kalorii czy cholesterolu. Okazało się, że nasz pomysł chwycił – mówi Corrin.

Powoli z jednej restauracyjki wypączkowała druga, potem kolejne. Najpierw w Toronto, potem w innych kanadyjskich miastach, w końcu w Stanach Zjednoczonych. Na tym ekspansja Freshii się nie skończyła, bo nadszedł czas na inne kontynenty: Europę oraz Azję (konkretnie Arabię Saudyjską). Dziś sieć liczy już ponad 60 lokali oraz dwie dziesiątki działających na zasadzie franczyzy. A plany są ambitne – Matthew Corin mówi aż o 700 restauracyjkach na wszystkich kontynentach, po równo będących jego własnością oraz działających na zasadzie licencji. Nie ukrywa, że duże nadzieje wiąże właśnie z franczyzą. – Jesteśmy bardzo konkurencyjni. Kupno licencji kosztuje 30 tys. dol., potem pobieramy rocznie 6 proc. tantiem oraz 3 proc. z reklam. To naprawdę niewiele, bo koszt typowej franczyzy to nawet 250 tys. dol. – tłumaczy młody kanadyjski biznesmen.

Choć już odniósł sukces, Corrin cały czas wraca do chudych lat, gdy mieszkał w Nowym Jorku i często przesiadywał w Starbucksie. – Nieustannie przymierzam się do tego wyzwania. Skoro Schultzowi udało się zbudować sieć kawiarni, która jest rozpoznawana na całym świecie i która nie kojarzy się z tandetą, ja jestem w stanie zrobić to w branży fast foodów – przekonuje. I dodaje, że fundamenty już stworzył, teraz musi jedynie mocniej przekonać do siebie rynek. Dlatego nie tylko rozbudowuje sieć, lecz także współdziała z tymi wszystkimi organizacjami i stowarzyszeniami, które promują zdrowe jedzenie (nie jest to równoznaczne z wegetarianizmem).

– Dlaczego miałoby mi się nie udać. Teraz już wiem, że ten biznes nie jest skomplikowany jak budowa rakiet kosmicznych. Tu liczy się ciężka praca i umiejętność wyciągania wniosków z popełnionych błędów. Potrafię ciężko pracować, a popełniłem już niemal wszystkie błędy, jestem więc doskonale przygotowany – mówi. I właśnie dlatego kanadyjskie stowarzyszenie przedsiębiorców uznało Matthew Corrina za jednego z najbardziej obiecujących biznesmenów w kraju.