Różne teorie ekonomiczne zachwalając wolny rynek lub interwencjonizm, pozwalają przez polaryzację rozumowania uchwycić pewne zależności, ale optimum leży pośrodku.

Stąd też ustrój ekonomiczny wszystkich krajów rozwiniętych opiera się na gospodarce mieszanej. Proporcje sektorów prywatnego i publicznego bywają różne, ale zawsze państwo i rynek to lewa i prawa noga tego samego organizmu. Jeśli mają nieść obywateli do dobrobytu, powinny się uzupełniać. Co to oznacza?

Rzeczywistość zmienia się szybko. Aby utrzymać się na rynku pracy, trzeba wciąż szlifować kwalifikacje. A firmy na bieżąco reagują na szanse i zagrożenia, by nie utracić pozycji rynkowej.

Jakie zatem w tych zmiennych warunkach powinno być państwo? Elastyczne. Banki i administracja publiczna od szczebla samorządowego po narodowy muszą nadążać za gospodarczymi realiami. Podobnie jak w firmach troska o konkurencyjność oznacza konieczność ciągłych reform i dostosowań.

Ponieważ oczekiwania wobec państwa są nieraz sprzeczne, musi ono umieć je godzić. Zapewniać obywatelom przeciwwagę wobec zmiennej rzeczywistości. Zwróćmy przykładowo uwagę, że na kryzys strefy euro Unia Europejska zareagowała może nieco ociężale, lecz na pewno elastycznie. Powstały koncepcje unii fiskalnej, bankowej i politycznej, a Europejski Bank Centralny ogłosił plan skupu obligacji zagrożonych państw. Te wszystkie działania redefiniują projekt unijny, łamiąc schematy utartego myślenia.

A jak wygląda sytuacja nad Wisłą? Odpowiedź polskich władz na kryzys ma charakter pragmatyczny, nakierowany na utrzymanie makroekonomicznego bezpieczeństwa. Działania, które w drugim expose zapowiedział premier Donald Tusk, można uznać za kontynuację tego podejścia i elastyczną reakcję na pogłębiające się spowolnienie gospodarcze. Z drugiej jednak strony w relacjach państwo – rynek i państwo – obywatel nadal obserwujemy zgrzyty. Niejeden urząd ujawnia symptomy przewlekłego skostnienia, zaś państwowe regulacje w wielu miejscach krępują gospodarkę.

Cieszy, że w najnowszym raporcie Banku Światowego na temat warunków dla przedsiębiorczości Doing Business 2013 awansowaliśmy na 55. lokatę z miejsca 62. przed rokiem i 70. przed dwoma laty, lecz przed nami wciąż jest ogrom pracy. Bieżący raport informuje np., że samo płacenie podatków zajmuje polskim firmom przeciętnie 286 godzin rocznie. Na podstawie danych w raporcie można policzyć, że średnia unijna to 193 godziny.

Ciekawe jest przy tym postrzeganie przez Polaków państwa i przedsiębiorców. GUS podaje, że w 2010 r. wartość dodana wytworzona w sektorze publicznym wyniosła 20 proc. PKB, zaś w prywatnym – blisko 70 proc. Tymczasem według niedawnych badań Dziennika Gazety Prawnej i instytutu Homo Homini niemal połowa Polaków uważa, że za rozwój gospodarczy odpowiedzialne są przede wszystkim państwo i rząd. Ledwie 26 proc. dostrzega, że główny motor rozwoju to przedsiębiorstwa, przy czym ludzie starsi częściej wskazują na państwo jako kreatora rozwoju niż młodsi.

Z kolei z wielu innych badań wyłania się obraz licznej grupy Polaków, którzy nie ufają ani państwu, ani firmom. Wielu nadal żywi przekonanie, że biznesmen to synonim kanciarza. Niestety, przypadki takie jak Amber Gold tylko cementują opinię o nieudolności administracji publicznej.

Widzimy tym samym, jak złożony i długotrwały jest instytucjonalny proces transformacji gospodarczej. Sektor prywatny zwinnie przystosował się w ciągu ostatnich dwudziestu lat do warunków rynkowych, lecz państwo w niektórych obszarach wciąż uczy się nowej roli w gospodarce.

Dobra wiadomość jest taka, że postęp w tych kwestiach się dokonuje. Ma on jednak charakter stopniowy, co z pewnością wielu z nas nie zadowala. Czy można go przyspieszyć? Z pewnością tak, np. przez popartą reformami debatę publiczną nad elastycznością i jakością polskiego państwa, rozwojem społeczeństwa obywatelskiego oraz przez różne inicjatywy edukacji ekonomicznej.