Obchodzone dziś w USA Święto Dziękczynienia upamiętnia pierwsze obfite zbiory na amerykańskiej ziemi w Plymouth - osiedlu angielskich purytanów. Protestanccy osadnicy prowadzili surowe życie. Hołdowali ciężkiej pracy i oszczędności. Dzięki tym wartościom potomkowie pielgrzymów ze statku Mayflower i kolejnych fal imigrantów uczynili z USA gospodarczą potęgę.

Dziś Amerykanie są jednym z najbogatszych narodów świata, gospodarka USA jest największa na świecie i wciąż bardzo konkurencyjna. W Ameryce znajdują się największe firmy świata, najważniejsze giełdy i centra biznesowe. Kraj radzi sobie z kryzysem lepiej od Europy, a Chiny wyraźnie zwolniły tempo gospodarczego pościgu. Można by rzec, że w kwestii ekonomii nie można Amerykanom wiele zarzucić. Tymczasem poważne problemy leżą u samych podstaw.

Racjonalna chciwość

W świecie pełnym złożonych instrumentów finansowych, skomplikowanych transakcji i globalnego przepływu kapitału ekonomia często wydaje się rodzajem wiedzy tajemnej - dziedziną niemożliwą do ogarnięcia przez przeciętnego człowieka. Prawda jest jednak taka, że jej zasadnicze prawa nie zmieniły się od setek lat.

Ekonomia to nauka zarządzania zasobami, która opiera się na dwóch podstawowych zasadach. Dostępność dóbr jest ograniczona, natomiast ludzkie potrzeby nie. Każdy człowiek próbuje zaspokoić więc jak najwięcej potrzeb, jak najlepiej wykorzystując dostępne zasoby. W skali makro mówimy o takich zasobach jak rezerwy ropy naftowej, podaż wykwalifikowanej siły roboczej, czy powierzchnia gruntów ornych. W skali mikro chodzi przede wszystkim o to, na co przeznaczamy nasze pieniądze. Według założeń ekonomii staramy się robić to jak najbardziej racjonalnie.

14 lotniskowców do kosza

O tym, że prowadzenie gospodarstwa domowego jest prawdziwą sztuką wiedzieli już starożytni Grecy, ci sami, którzy wymyślili termin ekonomia. Współczesnym Amerykanom jednak bardzo dużo brakuje do gospodarnego homo oeconomicus. Wyjątkowo źle radzą sobie w kwestii zaspokajania podstawowej potrzeby ludzkiej – odżywiania.

Świadczą o tym choćby dane na temat marnowania żywności w USA. Tylko z powodu Dnia Dziękczynienia w koszu ląduje mięso indyka warte niemal 300 mln dolarów. W skali roku Amerykanie wyrzucają jedzenie o wartości 165 mld dolarów. Ta kwota może wydać się niewielka w porównaniu z 16 bln USD długu publicznego, ale oznacza, że co roku w młynkach na odpadki ginie 14 takich lotniskowców. Trudno nazwać to racjonalnym wykorzystaniem zasobów.

Gwoli sprawiedliwości trzeba dodać, że Amerykanie starają się jak mogą, pochłaniając góry jedzenia. Niestety nie jest to efekt gospodarności, tylko kolejny przejaw braku rozsądku. Społeczeństwo USA jest otyłe, a to rzutuje nie tylko na jego kondycję zdrowotną, ale również na gospodarkę. W kwietniu magazyn the Atlantic oszacował, że samo dodatkowe paliwo spalone przez transport cięższych pasażerów kosztuje USA niemal 4 mld dolarów rocznie. Koszty opieki zdrowotnej są o wiele wyższe.

Marnotrawstwo po polsku

A jak wygląda sytuacja w naszym kraju? Niestety idziemy w ślady Amerykanów.

Jak pisał miesiąc temu „Tygodnik Powszechny” w Polsce marnuje się co roku 9 mln ton żywności, co stawia nas na piątym miejscu w Unii  Europejskiej (po Francji, Holandii, Niemczech i Wlk. Brytanii). Co prawda za większość strat odpowiadają producenci i sprzedawcy żywności, ale i tak polskie gospodarstwa domowe marnują ponad 2 mln ton jedzenia. Według badań, połowa ankietowanych Polaków wyrzuca pieczywo, a jedna trzecia warzywa i wędliny.

Tymczasem w Polsce 2,5 mln osób żyje poniżej progu skrajnego ubóstwa, a 13 proc. gospodarstw domowych deklaruje, że nie stać ich na zakup mięsa. Jednocześnie w górę pną się wskaźniki otyłości. Do amerykańskiego koszmaru wciąż mamy daleko, ale się zbliżamy.

Nad Wisłą nie obchodzimy Dnia Dziękczynienia, lecz inne okazje świętujemy podobne jak Amerykanie – przy suto zastawionym stole. Nie ma w tym nic złego, o ile zachowa się pewien umiar. Nie jesteśmy najbogatszym narodem świata, musimy zatem być bardziej racjonalni od Amerykanów. Na początek na przykład podczas świątecznych zakupów.