By uchronić się przed katastrofą strefa euro postawiła na integrację i to silniejszą niż kiedykolwiek. Na integrację, której nie dopilnowano, gdy dziesięć lat temu Unia powoływała do życia wspólną walutę. Jeśli wszystko potoczy się po myśli kilkorga europejskich przywódców, w tym kanclerz Angeli Merkel, zmiany zaowocują unią bankową, budżetem federalnym i wspólnym komisarzem, którego zadaniem będzie pogodzenie interesów narodowych.

Patrząc na wyraźny dziś sprzeciw wobec takich pomysłów, można dojść do wniosku, że nie ma tu o czym mówić. Jednak plany te mają sporą szansę powodzenia, ponieważ tak długo, jak istnieje wspólna waluta, logiczne wydaje się, by kraje strefy euro dążyły do wypracowania jednolitej polityki fiskalnej. Oznaczałoby to odcięcie się od reszty krajów UE, a jedyne co może dziwić, to fakt, że dotąd tak się nie stało.

Kraje narażone na niebezpieczeństwa związane z unią walutową mają prawo domagać się przywilejów, gdyż pozostałe państwa członkowskie, zachowując odrębność monetarną, są wolne od wielu ograniczeń, a w razie czego zawsze mogą liczyć na płynność kursów. Ta logika ma jednak swoje konsekwencje.

Podczas gdy 17 krajów strefy euro chce bliższej integracji, Wielka Brytania coraz bardziej oddala się od Unii. Niektórzy europejscy przywódcy nie mieliby nic przeciwko jej secesji – z Brytyjczykami zawsze ciężko było się dogadać. Jednak zamiast biernie przyglądać się poczynaniom Davida Camerona i Partii Konserwatywnej, należy pamiętać, że Unia bez Wielkiej Brytanii byłaby zupełnie innym tworem – to Wyspiarze doprowadzili do powstania w Europie jednolitego rynku. Ponadto strefa euro nie może pozwolić sobie na zerwanie więzi z resztą UE, jeśli nie chce stracić na konkurencyjności.

>>> Czytaj też: Tusk: Brytyjczycy chcą zablokować kompromis ws. budżetu UE

Jak powtarzał premier Włoch Mario Monti, największymi zwolennikami integracji gospodarczej zawsze były kraje spoza strefy euro. Wiele z nich znalazło się dziś w pułapce pomiędzy członkami unii walutowej a Wielką Brytanią i coraz bardziej niepokoi się, czy będą w stanie utrzymać Unię w całości. Takim krajem jest np. Polska, której największą obawą jest, by europejski środek ciężkości nie zniknął jej z pola widzenia. Sytuacja Danii i Szwecji wygląda podobnie, choć one czułyby się bezpieczniej pozostając nieco z boku.

Jak zatem zmieni się Europa? Może to być albo gwałtowny podział w atmosferze powszechnego rozgoryczenia, albo kompromis opierający się na współdziałaniu. Jeśli Europa wybierze pierwszą opcję, prawdopodobnie zaprzepaści to, co udało jej się dotąd osiągnąć, czyli wspólnotę ponad odwiecznymi podziałami. Niestety, jako że w obecnej chwili głębsza integracja strefy euro stała się koniecznością ze względu na kryzys i naciski ze strony rynków, brakuje warunków, by powoli i ostrożnie szukać drogi kompromisu.

Mimo wszystko warto walczyć o nowy, lepszy układ dla Europy. By mógł powstać, najpierw należałoby zaakceptować fakt, że w Unii mamy różne modele gospodarki, różne systemy polityczne i różne społeczeństwa. Jak dotąd próby ujednolicenia ich spełzły na niczym i doprowadziły do nasilenia się antagonizmów. Jeżeli wraz z końcem kryzysu UE dalej będzie próbowała podążać tą ścieżką, skutek będzie wręcz odwrotny.

Musimy przyjąć do wiadomości, że Europa dwóch prędkości już istnieje – podzielona wzdłuż osi północ-południe – a w przyszłości państwa członkowskie mogą podzielić się na trzy grupy: kraje strefy euro, kraje, które planują przyjąć euro i kraje, które nie chcą go przyjmować. Jeżeli Unia Europejska nadal opierać się będzie na solidarności i niedyskryminacji, powołana do życia unia bankowa będzie miała charakter inkluzyjny, a każda z trzech grup w równym stopniu dążyć będzie do wyjścia z kryzysu, wówczas nie powinniśmy się obawiać takiego rozwoju wydarzeń.

>>> Polecamy: Wieloletni budżet UE - najważniejsze informacje

Paweł Świeboda jest prezesem fundacji demosEUROPA – Centrum Strategii Europejskiej i byłym doradcą ds. Europy prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego.