W każdym filmie Bond krzyżuje przecież plany geniusza zbrodni, który chce ukręcić arcyzły interes. Jeden z amerykańskich portali filmowych (z pomocą ekonomistów) przeanalizował, który z czarnych charakterów miał najlepszą głowę do interesów. A którzy z nich tracili swój czas (i widzów) na intrygi wręcz absurdalne.

Ekonomistów mocno dzieli już „Goldfinger”, trzeci film z Bondem (grał go Sean Connery) z roku 1964. Geniuszem zbrodni jest w nim krępy emigrant z Łotwy Auric Goldfinger, który zamierza zdetonować bombę atomową w Fort Knox, by zniszczyć całe amerykańskie i większość światowych zapasów złota. Bo tak się składa, że Goldfinger uzbierał (przemyt) pokaźną górę kruszcu i wykalkulował, że po wyparowaniu Fort Knox jego zasoby fantastycznie zyskają na wartości. Czy to mogła być dla niego transakcja życia? Z jednej strony plan brzmi sensownie, bo nagłe zmniejszenie podaży tak pożądanego kruszcu powinno doprowadzić do wzrostu jego ceny. Goldfinger zapomniał jednak o przekalkulowaniu ryzyka. Bo co, jeśli reszta państw przerażona tym czynem obłożyłaby obroty złotem podatkiem? Z dzisiejszej perspektywy widać, że najlepszą strategią złoczyńcy powinno być schowanie kruszcu w skarbcu i czekanie. Kilka lat później Stany Zjednoczone odeszły od parytetu złota i jego wartość zaczęła stopniowo rosnąć z ówczesnych 35 dol. za uncję. Dziś spadkobiercy Goldfingera byliby bardzo zadowoleni właśnie z takiego rozwiązania.

Innym razem („Żyj i pozwól umrzeć”, 1973) Bond (Roger Moore) staje oko w oko z doktorem Kanangą, karaibskim dyktatorem/narkotykowym bossem, który ma szatański plan. Zamierza rozdawać heroinę za darmo w całych Stanach Zjednoczonych. W ten sposób chce osiągnąć dwa cele: wyeliminować z gry konkurentów (w tym mafię) i zamienić Amerykanów w naród bezwolnych ćpunów. A potem zacząć pobierać opłaty za narkotyk i stać się obrzydliwie bogaty. Ekonomiści oceniają jednak jego plan jako lekko dęty. Bo nie tak łatwo raz na zawsze wyeliminować z gry konkurencję. Nawet gdy Kananga będzie rozdawał swoją heroinę za darmo, konkurenci mogą przetrwać, przerzucając się na inne miękkie narkotyki. A gdy już Kananga porzuci dumpingowe ceny, wrócić do wielkiej gry.

Podobny błąd popełnia Elektra King, która staje w szranki z Bondem (Pierce Brosnan) w dziewiętnastym filmie o przygodach agenta „Świat to za mało” (1999). Ta córka zmarłego magnata naftowego wymyśliła sobie, że wysadzi w powietrze operującą w cieśninie Bosfor rosyjską atomową łódź podwodną. Wybuch zniszczy przebiegające tamtędy ropociągi, a ponieważ pani King sama posiada rury przechodzące inną trasą, stanie się monopolistką. Oczywiście taki krok może na chwilę zdestabilizować rynek i pewnie doprowadziłby do chwilowego wzrostu cen paliw. Ale jeśli będzie on zbyt wysoki, nowy szok naftowy przyniósłby energetyczną dywersyfikację. Lepiej więc niech King raczej buduje nowe rurociągi, bo każdy z nich świetnie na siebie zarabia. No, ale czy wtedy zostałaby przeciwniczką Bonda?

Na największego spryciarza wychodzi tajemniczy Le Chiffre. Trzymając się chronologii powieści Iana Fleminga, to historycznie pierwszy z wrogów Bonda. W oficjalnej bondowskiej serii filmowej pojawił się jednak dopiero w 2006 w „Casino Royale” (Daniel Craig). Le Chiffre „robi” w finansach. Zajmuje krótką pozycję na akcjach producenta luksusowego samolotu pasażerskiego. Jednocześnie za pomocą swoich terrorystycznych powiązań (to on prawdopodobnie stał za zamachami z 11 września) zamierza doprowadzić do katastrofy maszyny już w czasie jej dziewiczego lotu. Wtedy kurs krótko sprzedanych przez niego akcji gwałtownie się załamie. A on osiągnie ogromny zysk. Jak wszyscy ryzykanci używający tej kontrowersyjnej, bo obliczonej na spadki, giełdowej strategii.

Szwarccharakter z najnowszego Bonda pewnie ich nie przebije. Kieruje nim w końcu raczej chęć zemsty, a nie chciwość. A na zemście zbrodniczego biznesplanu się nie wykuje.