Światowi giganci przenoszą produkcję z rynków wschodzących z powrotem na Zachód. To efekt rosnących kosztów robocizny w Azji i Ameryce Południowej oraz niezamierzony efekt kryzysowych cięć w USA i Europie, które sprawiły, że pierwszy raz od wielu lat staliśmy się tańsi. Nowemu trendowi przewodzą Stany Zjednoczone, Unia Europejska jak zwykle nie dostrzega procesu. A Polska? Odwracanie się gospodarczego świata od Chin może nam wyjść na dobre.

Dwa lata temu na przerzucenie części produkcji do Państwa Środka zdecydował się amerykański Calibur11, producent obudów do popularnych konsol do gier Sony PlayStation 3. Tak jak tysiące innych firm z USA, w ten sposób przedsiębiorstwo chciało zwiększyć zyski, decyzja o przeprowadzce szybko jednak okazała się błędem. – To był koszmar – mówi DGP rzecznik firmy Paul Byrne. I wymienia: jeden z podwykonawców zgubił wartą 700 tys. dol. część wyposażenia technologicznego, inny nieoczekiwanie zażądał 150 tys. dol. opłaty za wydanie towaru z magazynu. – Poza tym nie dotrzymywali terminów i nie chcieli ponosić odpowiedzialności za kiepską jakość produkcji. Czara goryczy przelała się, gdy jedna fabryka rzuciła nasze obudowy na czarny rynek – dodaje. Chiny pozostały złym wspomnieniem dla Calibur11, która korzysta obecnie z usług firmy z Chicago. Podobnie postąpiła Permac Industries, produkująca maszyny do obróbki precyzyjnej. – Dostarczany towar zawsze miał wady, często był nawet zrobiony z innego materiału, niż to uzgodniliśmy. Znaleźliśmy więc firmę w Wisconsin, która zażądała za swoje usługi niewiele więcej niż Chińczycy – mówi właścicielka firmy Darlene Miller.

Decyzje Calibur11 oraz Permac Industries zaskakują, bo przeniesienie produkcji do Chin uchodzi wręcz za gwarancję szybkiego zwiększenia zysków. Odkąd w 2001 roku Państwo Środka dołączyło do Międzynarodowej Organizacji Handlu, tylko USA straciły na jego rzecz aż 2,1 mln miejsc pracy w przemyśle. – Nadszedł w końcu czas na odwrócenie trendu – przekonują teraz amerykańscy ekonomiści. W ciągu ostatnich dwóch lat na taki ruch zdecydowały się dziesiątki firm ze Stanów Zjednoczonych. Ten proces doczekał się własnego miana. To reshoring. Powrót na rodzimy brzeg.

Chiny otwierają fabryki w USA

Zjawisko dopiero nabiera tempa – przekonuje nas Ilaria Maselli z brukselskiego Centrum Europejskich Analiz Politycznych. Z sondażu firmy analitycznej Boston Consulting Group przeprowadzonego wśród 106 szefów amerykańskich firm wynika, że powrót do USA rozważa nawet 48 proc. koncernów, każdy z rocznymi przychodami powyżej 10 mld dol. Równie często jak na fatalną jakość produkcji, ich menedżerowie wskazują na rosnące koszty pracy w Azji. – Błyskawiczne tempo rozwoju gospodarczego sprawia, że Państwo Środka się bogaci. Lepsze płace są nieodłącznym elementem tego zjawiska – tłumaczy Maselli.

BCG podaje, że pensje w Chinach rosną z prędkością nawet 15–20 proc. rocznie. Jeśli to tempo się utrzyma, już za trzy lata koszty pracy w największych miastach na wschodzie Państwa Środka będą zaledwie o 10 proc. niższe niż na południu Stanów Zjednoczonych. A do tego należy doliczyć jeszcze koszty transportu oraz cła i podatki – a wówczas produkcja w USA będzie bardziej opłacalna niż za Wielkim Murem. Do 2015 roku stanie się to w przypadku co najmniej siedmiu branż, m.in. domowej elektroniki, sprzętu komputerowego, maszyn, wyrobów metalowych i mebli. Reshoring to idealne rozwiązanie dla przemysłu nowych technologii, które napędzają współczesną gospodarkę. – Tutaj postęp oznacza zmniejszenie liczby pracowników, bo zamiast ludzi produkują maszyny. To obniża wydatki na robociznę, a to przecież możliwość zaoszczędzenia na pracownikach stanowiła główny wabik Azji – tłumaczy Maselli. Realną alternatywę dla wielkich, ociekających smarem maszyn stanowi drukowanie przestrzenne. Zamiast giąć i ciąć materiał, wystarczy, że programista wprowadzi odpowiednie parametry do komputera, a trójwymiarowa drukarka warstwa po warstwie stworzy (wydrukuje) potrzebny przedmiot. Może to obniżyć koszty produkcji nawet o kilkadziesiąt procent. Za pomocą tzw. technologii addytywnej produkowane są dziś już części samochodowe, biżuteria, aparaty słuchowe czy obudowy dla iPhone’ów.

Na niekorzyść Chin, a ku rosnącemu zadowoleniu Waszyngtonu oraz reszty świata działa także fiskalna polityka władz w Pekinie, które są zmuszane do urealnienia kursu juana. Dzieje się to powoli, ale tylko dzięki temu w ciągu ostatnich siedmiu lat jego wartość wzrosła o 30 proc. w stosunku do dolara – tym samym eksport z Chin staje się coraz mniej opłacalny.

Jednocześnie mamy do czynienia z rosnącą konkurencyjnością amerykańskiej gospodarki. Sprawcą zjawiska, niewidzianego na Zachodzie od dwóch dekad, stała się łupkowa rewolucja. Dzięki nowoczesnym technologiom szczelinowania (fraktingu) USA zaczęły pozyskiwanie gazu ziemnego z podziemnych skał na maso

wą skalę, co znacznie obniżyło cenę surowca. Firma doradczo-audytorska PwC szacuje, że łupkowa hossa sprawi, iż do 2025 roku przemysł zaoszczędzi dzięki temu ok. 11,6 mld dol. na kosztach energii. I to każdego roku. To z kolei będzie sprzyjać przemysłowemu odrodzeniu Ameryki, w której dzięki łupkom ma powstać nawet milion nowych miejsc pracy.

Na efekty nie trzeba było długo czekać. Malejące ceny energii sprawiły, że własnym krajem już zainteresował się General Electric. Koncern przeniósł produkcję akumulatorów z Chin do Schenectady w stanie Nowy Jork oraz Louisville w Kentucky. Pracę w obu zakładach znajdzie 800 osób. Na podobny krok zdecydowali się też m.in.: producent kłódek i zamków bezpieczeństwa Master Lock, producent słuchawek Sleek Audio i firma doradcza Collaborative Consulting. Amerykański rynek doceniają też producenci samochodów. Fabryki w USA posiadają japońskie Toyota i Honda, niemieckie Volkswagen i BMW oraz koreańskie Hyundai i Kia. Rozbudowę zakładów w ojczyźnie zapowiedział też Ford: firma w ramach porozumienia ze związkiem zawodowym zobowiązała się do zatrudnienia aż 12 tys. nowych pracowników, w zamian zaoferuje im jednak mniejsze pensje. Ale w ten sposób do kraju wróci produkcja z Meksyku, Japonii i Chin.

Konkurencyjność USA rośnie w tak szybkim tempie, że na otwieranie fabryk w Ameryce decydują się nawet firmy z Chin. Golden Dragon Precise Copper Tube Group, największy na świecie producent miedzianych przewodów używanych w systemach klimatyzacyjnych, chłodniczych i samochodowych, buduje wartą 100 mln dol. fabrykę w Alabamie, w której zatrudni co najmniej 300 Amerykanów. Produkować aluminium w USA zamierza też koncern metalurgiczny Shandong Nanshan Aluminium.

Zapomnieć o Brazylii

Trend odwrotu dotyczy też Meksyku oraz Ameryki Południowej. O przeniesieniu części produkcji z Meksyku do Missisipi zadecydowała ostatnio firma z branży inżynierii sanitarnej AirGuide. Podobnie Multicraft International, producent sprzętu elektronicznego, który mimo zmian w cenniku nie stracił dotychczasowych klientów. Batalię o nowy kontrakt zlecony przez koncern motoryzacyjny Chrysler, dla którego Multicraft International produkował do tej pory m.in. przewody, firma wygrała z producentami korzystającymi z outsourcingu. W tym wypadku zdobywane przez lata zaufanie wygrało z kosztami. – W dotychczasowej współpracy między naszymi firmami nie doszło do żadnych problemów, nikt nie uskarżał się na jakość naszych wyrobów – zapewnia wiceszef Multicraft Paul Jones.

Jednak powroty z Ameryki Łacińskiej są jeszcze znacząco mniej liczne od tych z Azji. O ile dekadę temu meksykańskiemu pracownikowi płacono ponad dwukrotnie więcej niż Chińczykowi, dziś różnica płac wynosi zaledwie 14 proc. Analizując koszty siły roboczej, kursy walut, koszty transportu (związanego z ceną baryłki ropy) oraz cen surowców dla każdej najważniejszej branży przemysłowej, eksperci AlixPartners oszacowali, że produkcja w Meksyku jest o 25 proc. tańsza niż w USA. W przypadku Chin wskaźnik ten wynosi tylko 13 proc.

To sprawia, że Meksyk wciąż pozostaje atrakcyjnym kierunkiem emigracji dla amerykańskich firm. Jednak na przeprowadzkę tam mogą sobie pozwolić przede wszystkim większe firmy, bo mniejsze szybko padają ofiarą miejscowych gangów, które w ciągu ostatnich sześciu lat rozrosły się do gigantycznych rozmiarów. Jak wynika z ubiegłorocznych ustaleń Amerykańskiej Izby Handlowej w Meksyku, pracownik co dziesiątej firmy z USA został porwany w celu wyłudzenia okupu. Z kolei aż 60 proc. przedsiębiorstw potwierdziło, że ich pracownicy byli

zastraszani bądź atakowani. Kolejną plagą jest okradanie pociągów i ciężarówek. Meksykańskie zrzeszenie przewoźników podało, że w ciągu ostatnich trzech lat straty firm z tego tytułu wzrosły o 40 proc., do 700 mln dol. Ostatnio kierowcy odmawiają przejazdu przez szczególnie niebezpieczne tereny, a firmy muszą łożyć dodatkowe środki na zapewnienie im bezpieczeństwa. Ofiarami gangów padają też korporacje. W połowie roku doszło do ataku na producenta popcornu Sabritas, którego właścicielem jest amerykańska Pepsi. Podpalono pięć magazynów oraz trzydzieści ciężarówek. Brak bezpieczeństwa coraz bardziej doskwiera zagranicznym inwestorom w Meksyku. W efekcie kilka wielkich koncernów, w tym producent sprzętu AGD Whirlpool Corp., zadecydowało o wstrzymaniu dalszych inwestycji w tym kraju.

Jeżeli chodzi o pozostałe kraje Ameryki Łacińskiej, to – zdaniem Augusto de la Torre z Banku Światowego – nie są one w stanie stworzyć realnej alternatywy dla Azji ze względu na wysoki koszt pracy i brak wykwalifikowanej siły roboczej. Innymi słowy: po prostu nie opłaca się tam przenosić produkcji. Ponadto bardzo istotnym problemem pozostają nadużycia rządów tamtejszych państw. W sierpniu władze Boliwii rządzonej przez populistycznego prezydenta Evo Moralesa przejęły kopalnię srebra i indu należącą do kanadyjskiej firmy wydobywczej South American Silver (SAS). Wcześniej ofiarą nacjonalizacji padły boliwijskie aktywa hiszpańskiej TDE, która dostarczała krajowi blisko 25 proc. energii elektrycznej. Z kolei władze w Argentynie odebrały hiszpańskiemu Repsolowi 51 proc. udziałów w YPF, największej w kraju spółce energetycznej. W Wenezueli zaś ofiarą nacjonalizacji padł Banco de Venezuela należący do hiszpańskiej grupy Santander.

Zawodzi też jeden z filarów grupy BRIC – Brazylia (pozostałe kraje to Rosja, Indie i Chiny). Choć kraj należy do najprędzej rozwijających się na świecie, koszty produkcji są piętą achillesową tamtejszej gospodarki. Winne są wysokie stopy procentowe i podatki, silny real oraz droga robocizna. Z powodu zacofania transport towarów pochłania tu nawet 5 proc. więcej kosztów niż w USA. Krocie kosztuje też ochrona biznesu przed przestępcami. Każdego roku brazylijscy biznesmeni muszą przeznaczać na ten cel aż 8 mld dol. Jak wylicza agencja Reuters, minimalny koszt produkcji dwudrzwiowego auta w Brazylii wynosi ok. 30 tys. dol. – to dwukrotnie więcej niż w USA.

Niemrawa Unia

W walce o firmy, które decydują się na przeprowadzkę, Zachód musi jednak pokonać inne azjatyckie kraje o niskich kosztach produkcji, jak Indonezja, Wietnam, Laos czy Kambodża. Na razie są tańsze od Chin, jednak i one w końcu zaczną się bogacić. – Te firmy, które strategię rozwoju opierają jedynie na taniej sile roboczej, bez wątpienia wybiorą jeszcze Azję – mówi DGP Steven Capozzola, rzecznik Alliance for American Manufacturing. – Ale te, którym zależy na efektywności i szybkości cyklu produkcyjnego, przeprowadzą się do USA. Mamy najwyższą na świecie wydajność pracy, a do naszych atutów należy też bezpieczeństwo dostaw – dodaje.

Pod presją klientów na powrót do Stanów Zjednoczonych zdecydowała się m.in. spółka Plastics, producent wyrobów formowanych wtryskowo. O dziwo, wraz z przeprowadzką przybyło zamówień. Do końca roku fiskalnego zostało jeszcze kilka miesięcy, a zyski firmy wzrosły dwukrotnie w porównaniu z 2011 rokiem. Jednym z powodów jest skrócenie terminu dostaw. Od zamówienia produkcji w Chinach do momentu jej dotarcia do Stanów Zjednoczonych czy Europy mijało niekiedy kilka miesięcy, teraz najwyżej kilka tygodni.

Ponownemu uprzemysłowieniu Ameryki z obawą powinna przyglądać się Unia Europejska, która – obok Chin – może okazać się drugim wielkim przegranym reshoringu. Jak podaje serwis MFG.com, specjalizujący się w kojarzeniu dostawców i odbiorców z sektora produkcji, w Europie zaledwie 23,4 proc. respondentów (spytano 154 średnich i małych przedsiębiorstw) przyznało, że ich firma skorzystała z odwrotu koncernów z rynków wschodzących. Tymczasem w USA zlecenie, które wcześniej realizowali zagraniczni podwykonawcy, dostało aż 40 proc. spośród ankietowanych firm.

Dlaczego? Dzieje się tak z powodu drogiej energii w Europie, która znacznie obniża jej zdolność konkurencyjną. O ile boom łupkowy w USA doprowadził do spadku ceny gazu aż o 90 proc. w porównaniu do 2005 roku, gdy bił on wszystkie rekordy, Stary Kontynent płaci najwięcej na świecie za rachunki energetyczne. Dziś hurtowa cena gazu w Europie jest około trzy razy wyższa niż za oceanem. Jean-Pierre Clamadieu, dyrektor generalny francusko-belgijskiej grupy chemicznej Solvay, powiedział kilka dni temu francuskiemu tygodnikowi „Les Echos”, że w przypadku przeprowadzki do USA jego spółka mogłaby zaoszczędzić aż 200 mln euro rocznie na samych tylko kosztach energii.

Istnieją spore obawy, że całe sektory przemysłu będą wyprowadzać się z Europy za Atlantyk. – Dezindustrializacja gospodarek krajów europejskich może zostać pogłębiona. Od 2000 do 2011 roku udział przemysłu w wartości dodanej brutto UE zmniejszył się do ok. 16 proc. PKB – mówił na łamach DGP Antonio Tajani, komisarz UE ds. przemysłu i przedsiębiorczości. Jak wynika z badań BCG, najbardziej zagrożone są gospodarki Niemiec, Włoch, Francji i Wielkiej Brytanii. W porównaniu z nimi kosztowa przewaga Amerykanów wyniesie od 5 do 15 proc. W efekcie firmy produkujące w USA odbiorą tym czterem krajom 2–4 proc. ich tradycyjnych rynków eksportowych.

Polska szansa

Europa jednak nie pali się do walki o przemysł, a tymczasem amerykańskie władze promują reshoring. Powrót przemysłu stał się głównym tematem prezydenckiej kampanii wyborczej. W jej trakcie Barack Obama zapowiedział wprowadzenie ulg podatkowych dla tych firm, które będą przenosić produkcję do kraju, m.in. natychmiast o 10 punktów procentowych (do 25 proc.) ma być zmniejszony CIT . – Tymczasem na unijnym forum dopiero pojawiają się nieśmiałe sugestie w sprawie wspólnego działania na rzecz zapobieżenia dezindustrializacji. Komisja Europejska w październiku tego roku przyjęła strategię ponownego uprzemysłowienia – mówi nam socjolog Janusz Hryniewicz z Uniwersytetu Warszawskiego. Jego zdaniem zjednoczona Europa powinna stworzyć wspólną politykę przemysłową na wzór polityki rolnej. Choć nie brakuje kontrowersji wokół metod jej realizacji, okazała się skuteczna. W latach 60. europejskie rolnictwo było schyłkowym sektorem, podobnie jak obecnie przemysł. – Unijna polityka przemysłowa musi skoncentrować się na kontroli procesu koniecznej restrukturyzacji polegającej na przejściu od gospodarki przemysłowej do gospodarki opartej na wiedzy. Polityka ta winna sprzyjać zmniejszaniu rozziewu między szybkim traceniem miejsc pracy w przemyśle a zbyt wolnym przyrostem miejsc pracy w sektorach gospodarki opartej na wiedzy – dodaje.

Powalczyć o powracający na Zachód przemysł niemal na równi ze Stanami Zjednoczonymi może natomiast Polska. W ostatnich latach wiele zagranicznych firm otworzyło u nas swoje biura, co stworzyło ok. 90 tys. miejsc pracy. To uczyniło z Polski trzeci pod względem atrakcyjności outsourcingu kraj, po Chinach i Indiach.Są to takie branże jak finanse, telekomunikacja i energetyka. Teraz na osiedlenie się nad Wisłą może zdecydować się przemysł. Jak szacuje BCG, koszty pracy nad Wisłą są o 35 proc. mniejsze niż np. w Niemczech. Naszym atutem jest też dostęp do liczącego 500 mln konsumentów rynku europejskiego, z którym Polska jest połączona dobrym systemem transportowym. – Ponadto macie wykwalifikowanych pracowników i kompetentną kadrę menedżerską – przekonuje w rozmowie z DGP Hal Sirkin, senior partner BCG. Przeprowadzkę do Polski ogłosił na początku października Volvo. Koncern zdecydował się na zamknięcie fabryki autobusów w szwedzkim Saeffie i przeniesienie produkcji do zakładu we Wrocławiu. Podobnie zamierza postąpić włoski Indesit: jak zapowiada firma, do Polski ma być przeniesiona cała produkcja zmywarek. – Macie też spore szanse na przyciągnięcie wycofujących się z Chin inwestorów – tłumaczy Sirkin. – Zważywszy na to, że koszt przetransportowania towaru z Warszawy do Frankfurtu jest o ok. 40 proc. niższy niż z Szanghaju, Polska staje się szczególnie atrakcyjna dla producentów towarów ciężkich i wielkogabarytowych, takich jak meble, samochody, akumulatory czy produkty stalowe – dodaje. Na korzyść Polaków przemawia też kulturowe podobieństwo i nikłe bariery językowe.

Jednak w tej rywalizacji Warszawa będzie musiała nieoczekiwanie zmierzyć się z poturbowanym przez kryzys południem Europy. W ciągu pierwszych 10 lat istnienia unii walutowej takie państwa jak Hiszpania, Grecja czy Portugalia mocno straciły na swojej konkurencyjności. Jednak ostre plany oszczędnościowe wymuszone przez finansową zapaść już pozwoliły im niemal w całości odrobić tę stratę.

Powracające na Zachód światowe koncerny mogą się więc okazać lepszym lekiem dla amerykańskiej i europejskiej gospodarki niż kolejne programy pomocowe i nieustanne dofinansowanie banków. Nowe fabryki to nowe miejsca pracy, to oznacza większą konsumpcję i znaczące wpływy do państwowych budżetów. Wagę powrotu na rodzinny brzeg dostrzegli już Amerykanie. Kolej na nas.