Mołdawski publicysta Victor Ciobanu cytuje na portalu Vox Publika stary żart o radiu Erywań. – Czy można zbudować komunizm w takim państwie jak Szwecja? – pyta słuchacz. – Można, ale lepiej wybrać państwo, którego nie będzie żal – odpowiada rozgłośnia. „UE i Rosja wybrały nas jako kraj, którego nie żal. Pierwsi z całych sił chcą uczynić z Mołdawii prawdziwe success story.

Drudzy – udowodnić, że szczęście jest możliwe tylko po wejściu do Unii Celnej Rosji, Białorusi i Kazachstanu”. Przeciąganie Kiszyniowa rozpoczęło się na dobre, gdy po tzw. twitterowej rewolucji 2009 r. władzę z rąk wciąż lawirujących komunistów przejęła proeuropejska koalicja. Wówczas Unia zorientowała się, że relatywnie niewielkim kosztem można by z Mołdawii uczynić wzór transformacji, który potem rozprzestrzeni się na sąsiadów. W efekcie do Kiszyniowa zaczęli pielgrzymować unijny politycy ze szczególnym uwzględnieniem przedstawicieli Niemiec i Radosława Sikorskiego (którego z mołdawskimi demokratami połączyła jak widać także miłość do Twittera).

Statystyczny Mołdawianin już dziś otrzymuje od UE więcej środków, niż dostawał Polak u progu akcesji. Efekt? Powolna, ale wyraźna utrata wpływów przez ugrupowania prorosyjskie. Rosja jednak tanio skóry oddać nie zamierza i ma ku temu narzędzie w postaci naddniestrzańskich separatystów. Atmosfera się zagęszcza zwłaszcza w kontekście planowanego na 2013 r. zawarcia umowy o stowarzyszeniu i wolnym handlu z UE (DCFTA).

Kreml może bowiem powtórzyć manewr z 2008 r., gdy umiejętnie sprowokowanym starciem rozbił w puch nadzieje Gruzji na członkostwo w NATO. Zacieśnia się współpraca naddniestrzańskich i rosyjskich specsłużb, pojawiają się nieśmiałe na razie sugestie o uznaniu niepodległości parapaństwa w razie „rezygnacji z neutralności przez Mołdawię”.

Jeśli Rosja storpeduje zachodnie aspiracje kolejnej stolicy, skompromituje przy okazji wszelkie unijne projekty skierowane na Wschód. A wówczas ambitne na tle wschodniego marazmu mołdawskie reformy okażą się kolejnym połowicznym sukcesem Unii. Połowiczne sukcesy często jednak bywają całkowitymi porażkami. W latach 20. afgański król Amanullah przeprowadził reformę armii.

W zamyśle żołnierzom miano obniżyć żołd, a w zamian pobudować nowoczesne koszary i zapewnić wyżywienie (do tej pory wojskowi załatwiali je sobie sami). Tamte zmiany także okazały się połowicznym sukcesem: w pierwszym roku udało się jedynie obniżyć żołd i wyburzyć stare koszary, ale nie zdążono z budową nowych ani organizacją wiktu. Żołnierze spędzili więc zimę głodni, bez pieniędzy i pod namiotami. Oby nie okazało się, że Mołdawianie muszą spędzić którąś z kolejnych zim w ten sam sposób.