Napisał do mnie czytelnik. „Dlaczego w Polsce praktycznie nie stosuje się lin do oddzielania pasów na drogach jednojezdniowych? Jest wiele odcinków, jak na przykład droga S6 (łącząca Trójmiasto ze Szczecinem), gdzie budowa drogi ekspresowej niekoniecznie ma sens, ale modernizacja jest konieczna. Taka trzyjezdniowa droga to przecież idealne rozwiązanie pośrednie” – uważa. W praktyce mogłoby to jego zdaniem wyglądać tak jak np. w Szwecji: na zwykłej polskiej drodze jednojezdniowej wstawiamy liny oddzielające pasy ruchu w obu kierunkach. To zmniejsza ryzyko zderzeń czołowych i wyprzedzania na trzeciego, które są koszmarem polskiej komunikacji. Co jakiś czas na przemian jeden z pasów ruchu poszerza się kosztem pobocza i przeciwległego pasa. Powstają wtedy dwa pasy w jednym kierunku i wtedy wyprzedzać można. Taka inwestycja nie wydaje się przesadnie kosztowna. Mogłaby za to wydatnie pomóc na tych wszystkich drogach, które czekają na zastąpienie ich przez budowane równolegle ekspresówki czy autostrady.

Pozostańmy przy komunikacji, bo to ona jest przecież piętą achillesową polskiej modernizacji. Rozumiem, że modernizacja takiej trasy, jak Gierkówka to rzecz skomplikowana. I wspaniale, że została przeprowadzona. Tyle że na prawdę trudno zrozumieć, dlaczego przez wiele miesięcy kierowcy musieli tłuc się nią z prędkością 20 km/h, widząc, że drugi ciągle zamknięty pas jest już w praktyce gotowy (tak to przynajmniej wyglądało). I to na długości dobrych kilkudziesięciu kilometrów. Zdaję sobie sprawę, że to na pewno efekt przepisów i względy bezpieczeństwa. Ale czy naprawdę nie można robić takiego remontu po kawałku i przystępować do następnego dopiero po oddaniu poprzedniego? Albo niech nawet będzie tak, jak jest. Czy nie dałoby się przynajmniej tego jednego normalnego pasa podzielić na dwa węższe? Takie rozwiązania stosuje się na przykład na niemieckich drogach. W efekcie trasa korkuje się trochę mniej. I kierowcy nie mają za złe, że muszą jechać powoli i bardziej uważać z powodu zwężenia. Bo cieszą się, że w ogóle jadą.

To tylko dwa drogowe przykłady. Ich zadaniem jest jednak przede wszystkim opisanie zasady, która powinna stać się mottem naszej modernizacji. No, może przynajmniej uzupełnieniem jej głównego nurtu. Bo spójrzmy prawdzie w oczy: Polska jest krajem na dorobku, który powinien w szybkim tempie nadganiać cywilizacyjne zaległości wobec Zachodu. Potrzebujemy lepszych dróg, szybszych pociągów, nowych linii metra w zakorkowanej Warszawie. Czekają na nie wszyscy, od biznesu po zwyczajnych obywateli. Niestety inwestycje kosztują, a budżet trzeba równoważyć, na dodatek pogrążona w problemach finansowych Unia będzie w przyszłości już coraz bardziej przypominać Wujka Sknerusa. Jak z tego wybrnąć? Otóż właśnie poprzez innowacje oszczędne.

Koncepcja pochodzi z zupełnie innych niż nasze szerokości geograficznych. Zrodziła się w trzecim świecie. Na przykład w hinduskiej służbie zdrowia, w której środki są ograniczone, klienci biedni, a popyt i potrzeba zmian ogromne. I tak w największej na świecie sieci szpitali okulistycznych Aravind w Bangalore cztery stoły operacyjne stoją koło siebie, a dwaj doktorzy operują przy sąsiadujących stanowiskach. Gdy skończą, na operację czeka już następny pacjent. Lekarze pracujący w tym systemie zyskują ogromne doświadczenie, a wyniki zabiegów i jakość opieki są dobre.

Ale bardziej niż o konkretne rozwiązania chodzi tu o ich ducha. My zdajemy się iść w zupełnie przeciwnym kierunku. Polska, jak już inwestuje, to na cztery fajerki. Musimy ryć tunel metra pod Wisłą, choć wielu przestrzegało, że można (a z przyczyn geologicznych nawet trzeba) przeprowadzić metro przez rzekę taniej. Przez lata nie było w Warszawie porządnego obiektu piłkarskiego, to teraz mamy dwa. A jeden z nich rekordowo drogi. I tak dalej, i tak dalej. A może by tak trochę... oszczędniej. To przecież żaden wstyd.

Skoro brakuje pieniędzy na autostrady, podzielmy istniejące drogi na dwa pasy ruchu. Na to nas stać.