O strategię na przyszły rok firma doradcza Deloitte zapytała dyrektorów finansowych 89 największych firm w kraju. Analitycy uznali, że to oni mają najlepsze wyobrażenie o przyszłości, bo bez niej nie byliby w stanie przygotować przyszłorocznych budżetów. Stąd, według autorów, wyniki raportu to nie tyle prognoza, ile zapowiedź tego, co się będzie działo w biznesie w 2013 r.

Ludzie odpowiedzialni za finanse spółek za priorytet uznali zwiększenie sprzedaży na rynkach, na których działają. Tak twierdzi 80 proc. ankietowanych. Przybyło ankietowanych mówiących o redukowaniu kosztów. Pół roku temu stanowili połowę, w ostatnim badaniu – 70 proc. To rodzaj ucieczki do przodu: dyrektorzy finansowi już myślą o kosztach, bo spodziewają się narastających problemów z zatorami płatniczymi.

Jednak problemem numer jeden w przyszłym roku może być wielkość popytu. Jego załamania boi się blisko połowa pytanych menedżerów. – Dyrektorzy mówią też o ryzyku narastania presji cenowej, czyli zjawisku już znanym z roku 2011 i 2012. Jego efektem może być np. podpisywanie niekorzystnych kontraktów długoterminowych, które będą ważyć na kondycji firm. Skutki widać na przykładzie branży budowlanej – mówi Krzysztof Pniewski z Deloitte.

Z badań wynika, że dyrektorzy finansowi są znacznie większymi pesymistami w ocenie kondycji gospodarki niż analitycy zajmujący się makroekonomią. Uśrednione prognozy tych ostatnich mówią o ok. 2-proc. dynamice PKB w 2013 r., zaś prawie połowa pytanych dyrektorów finansowych oczekuje stagnacji. Odsetek tych, którzy uważają, że gospodarka będzie się rozwijała w tempie szybszym niż 1,5 proc., to 46 proc. Jeszcze pół roku temu sądziło tak 75 proc.

Ten narastający pesymizm ma odzwierciedlenie w skłonnościach do podejmowania nowych inwestycji. Około 22 proc. badanych twierdzi, że przyszły rok to będzie dobry moment na podjęcie takiego ryzyka. To mniej niż w poprzednim badaniu, kiedy to skłonnych do podjęcia inwestycji było ponad 25 proc.

Piotr Bujak, główny ekonomista Banku Nordea, nie dziwi się wynikom badania. Jego zdaniem to naturalne, że im większy pesymizm w ocenach perspektyw dla biznesu, tym mniejsza aktywność inwestycyjna. – To może się stać samospełniającą się przepowiednią. Dopóki nie pojawi się jakiś pozytywny impuls, możemy mieć sprzężenie zwrotne: firmy nie będą inwestować, bo boją się dekoniunktury, a dekoniunktura będzie się pogłębiać, bo firmy nie będą inwestować. Mam jednak nadzieję, że ten impuls pojawi się na początku przyszłego roku – twierdzi Bujak. W ocenie ekonomisty dno, jeśli chodzi o nastroje w polskich firmach, zaliczymy zapewne w I kw. Wtedy powinny zacząć już napływać lepsze informacje ze strefy euro, które przełożą się na poprawę ocen w kolejnych miesiącach.