To ważne, ale ważniejsze jest, jak ten świat będzie się zmieniał i czy nasz kraj potrafi się w tym procesie zmian odnaleźć. Politycy i media sprawiają wrażenie, że nie bardzo zdają sobie z tego sprawę. Rządzący przerażeni, że globalizacja pozbawia ich realnej władzy nad gospodarką, usiłują jej bronić walecznością. Tymczasem potrzebny jest zimny, ale wnikliwy ogląd świata. Z pełną świadomością tego, że nie jesteśmy jego pępkiem. Ani my, ani nawet Unia Europejska.

Z ostatnich prognoz Międzynarodowego Funduszu Walutowego wynika, że gospodarka światowa nareszcie wychodzi z kryzysu. Analitycy funduszu twierdzą, że w latach 2013–2017 przeciętny roczny wzrost realnego PKB na świecie ma wynieść aż 4,5 proc.! A więc gospodarka światowa rozwijać się będzie szybciej niż w mijających, kryzysowych latach 2008–2012, kiedy przeciętny roczny wzrost PKB wynosił zaledwie 2,9 proc. To nawet więcej niż przed kryzysem! Przecież w latach 2001–2007 przeciętny wzrost PKB wynosił zaledwie 4,1 proc. Na tym jednak dobre wiadomości się kończą, w każdym razie dla nas, Polaków i Europejczyków. Z otwieraniem szampana stanowczo należy się wstrzymać.

Prognozy MFW, jeśli w ogóle są czytane przez polityków, to na pewno pobieżnie. I politycy nie dzielą się z nami wnioskami, jakie płyną z tej lektury. Zrobił to z kolei w swoim raporcie Bank Gospodarki Żywnościowej piórem analityków: Mariusza Dziwulskiego, Anny Kitali, Michała Koleśnikowa, Marty Skrzypczyk i Dariusza Winka. Wynika z niego, że to nie kraje europejskie będą motorem rozwoju gospodarki światowej, ale Brazylia, Rosja, Indie, Chiny (czyli BRIC) oraz Korea Południowa, Turcja, Meksyk i Indonezja. Każdy z nich już dzisiaj wytwarza co najmniej 1 proc. światowego PKB. Dla ekonomistów ta prognoza zaskoczeniem nie jest. Już przecież w latach 2008–2012, gdy gospodarki krajów rozwiniętych rosły w tempie zaledwie 0,5 proc. rocznie, to te rozwijające się uzyskiwały 5,6 proc. przeciętnie. W nadchodzących latach te nożyce rozewrą się jeszcze bardziej. Bogaci będą się rozwijali z szybkością 2,5 proc. rocznie, bogacący się przyspieszą do 6,2 proc. Według prognoz MFW tempo rozwoju gospodarki USA, jeśli definitywnie uporają się z kryzysem, nie przekroczy 3,1 proc.

A co z nami? W przypadku Unii Europejskiej prognozy funduszu są optymistyczne, zakładają, że strefa euro wyjdzie z kryzysu. Jeśli się spełnią, przeciętne tempo rozwoju gospodarki krajów strefy euro w latach 2013–2017 wyniesie jednak zaledwie... 1,4 proc. Fakt, że Euroland musi się uporać ze swoim nadmiernym zadłużeniem i będzie obcinał wydatki, spowoduje w tych krajach silne spowolnienie, a nawet recesję. To z kolei ma wpływ także na naszą gospodarkę. Polski eksport do krajów Unii się skurczy. Słabiej też będzie napędzał naszą gospodarkę jej drugi motor – konsumpcja wewnętrzna. Nasz rząd też musi ograniczać wydatki, to samo dzieje się w naszych budżetach domowych.

Skutek dla tempa wzrostu stanie się widoczny. Już w tym roku według MFW polski PKB wzrośnie zaledwie o 2,5 proc., podczas gdy 2011 rok był całkiem niezły, PKB wzrósł aż o 4,3 proc. Kolejny, 2013 r. będzie jeszcze gorszy, tempo wzrostu zwolni do nawet 2 proc. Chociaż więc świat z kryzysu wychodzi, to Polskę i Europę czekają naprawdę chude lata. Z prognoz wynika, że w naszym kawałku świata będzie gorzej, niż było w latach kryzysu. W latach 2001–2010 przeciętne tempo naszego rozwoju wynosiło bowiem 3,9 proc. rocznie, w nadchodzących latach 2011–2020 spadnie do 3,2 proc.

Prognoza to nie wyrok, nie musi się spełnić. Żeby jednak tak się stało, nie możemy siedzieć z założonymi rękami, a wysiłki ograniczać do „wyciskania »brukselki«”. Co trzeba robić? Z deklaracji polityków nie wynika, że wiedzą, ale biznes wie. Jeśli Europa biednieje, trzeba intensywnie myśleć, jak zdobywać rynki krajów, które szybko się bogacą. Skoro w latach 2000–2010 realny dochód w Chinach na głowę mieszkańca wzrósł o 155 proc, w Indiach o 81 proc., w Rosji o 68 proc., to pieniądze do zarobienia są właśnie tam. Politycy biznesowi w zdobywaniu tych rynków pomagać nie chcą. Niech przynajmniej mają świadomość, że kłócąc się ze wszystkimi sąsiadami, coraz bardziej przeszkadzają.