Książka jest stylizowana na kreskówkę. To opowieść o trzech panach, którzy żyją na wyspie i ich jedynym źródłem pożywienia są ryby. Mężczyźni nie znają żadnych narzędzi i muszą łapać zdobycz gołymi rękami. Zadanie to jest tak czasochłonne, że zajmuje im za każdym razem cały dzień. Pewnego dnia jeden z nich, Abel, wpada na pomysł skonstruowania rybołaparki. Innowacja się opłaca. Od następnego dnia Abel może łapać nie jedną, lecz kilka ryb, i to w krótszym czasie. Współmieszkańcy wyspy zaczynają go naśladować. Z ducha przedsiębiorczości rodzi się Usonia, miniatura gospodarki Stanów Zjednoczonych.

Bracia Schiffowie ciągną tę historię przez kilkanaście rozdziałów. Pokazują, jak Usonianie odkrywają dobrodziejstwa kredytu oraz specjalizacji produkcji, tworzą system bankowy, otwierają się na handel i przeżywają najazd mieszkańców sąsiednich wysp, którzy dowiedzieli się o ich dobrobycie. Oczywiście w międzyczasie powstaje rząd i system republikański. W końcu po pokoleniach harmonijnego rozwoju pojawiają się kłopoty: kurczące się ławice, odejście od parytetu rybnego i bańka mieszkaniowa. W tym miejscu książka zmiania się w libertariańskie wyznanie wiary, uderzając w największe grzechy ostatnich stu lat amerykańskiej historii: rozbudowę rządu federalnego, odejście od parytetu złota i interwencje (zarówno fiskalne, jak i monetarne) w gospodarkę.

W tym miejscu należy się czytelnikowi kilka słów wyjaśnienia na temat amerykańskich libertarian.Spytani, skąd się wziął kryzys 2008 r., odpowiadają, że to efekt... nadmiernej ingerencji rządu. Dla nich wrogiem są zarówno keynesiści, jak i większość obozu neoliberalnego. Według libertarian neoliberałowie byli pożytecznymi idiotami, których hasła deregulacji zostały skonsumowane przez plutokratyczną śmietankę w postaci sektora finansowego. Tego samego, który potem poszedł na klęczkach do rządu i dostał od niego liczone w setkach miliardów dolarów programy pomocowe. Libertarianin szczyci się swoim własnym zdrowym rozsądkiem ekonomicznym. Jeśli już kogoś szanuje, to tylko przedstawicieli szkoły austriackiej z Misesem, Hayekiem i Schumpeterem na czele. Oni mówili wprost: kapitalizm to kreatywne zniszczenie, to zarówno prawo do sukcesu, jak i bankructwa. To mieszanina strachu i chciwości. I tak jest dobrze. Libertarianie najbardziej nie lubią państwa. Niektórzy z nich kontestują nawet płacenie podatków. Takim działaczem antypodatkowym był choćby ojciec autorów Irwin Schiff, faktyczny autor opowieści o rybach, który odsiaduje dziś wyrok za przestępstwa fiskalne w więzieniu federalnym. Libertarianie nie mają w USA wcale tak łatwo. Nawet w obozie republikańskim czują się obco. Własnego liczącego się kandydata na prezydenta dorobić się nie mogą. Na pewno nie był nim Mitt Romney, uznawany przez nich za zakamuflowanego demokratę.

Z libertarianami jest jeden podstawowy problem. O ich poglądach na gospodarkę świetnie się czyta. I w teorii wszystko im ładnie wychodzi. Wśród praktyków polityki gospodarczej libertarian jest już jednak jak na lekarstwo. Dlaczego? Bo życie nie znosi ich radykalizmu. Rzeczywistość jest bardziej skomplikowana niż ich recepty. Być może dlatego najwięcej głosicieli poglądów libertariańskich (głupi rząd, niepotrzebne podatki) znajdziemy wśród publicystów. Również na polskim gruncie. Dlaczego ich tu tak wielu? Bo nie muszą za swoje propozycje ponosić żadnej praktycznej odpowiedzialności.