– W pierwszej połowie przyszłego roku grozi nam recesja – straszy część ekonomistów. – Nic podobnego. Będziemy jednak mieli do czynienia ze znaczącym spowolnieniem tempa wzrostu gospodarczego – odpowiadają inni. Brzmi znajomo: podobna wymiana opinii miała miejsce tuż po wybuchu kryzysu finansowego, na przełomie lat 2008–2009 r. Wtedy udało nam się wybronić przed recesją i Polska zyskała miano „zielonej wyspy” na tle dominującej w Unii czerwieni. Czym obecna sytuacja różni się od tej sprzed czterech lat? Jakie są szanse, że znów unikniemy spadku dochodu narodowego? I przede wszystkim – co to wszystko znaczy dla krajowych firm?

Recesja głęboka, ale krótka

Przed upadkiem banku Lehman Brothers w połowie września 2008 r. Polska należała do europejskich liderów wzrostu. Eksporterom sprzyjała koniunktura na świecie: mimo silnej aprecjacji naszej waluty sprzedaż polskich towarów za granicę w niektórych miesiącach rosła w tempie przekraczającym 30 proc. w skali roku (w przeliczeniu na euro; dynamika liczona w złotych nie była już tak wysoka). Firmom produkującym na rynek wewnętrzny (a także importerom) sprzyjał wysoki popyt inwestycyjny, w dużej części napędzany pieniędzmi unijnymi, a także silna konsumpcja – tu paliwem wzrostu była m.in. obniżka podatku dochodowego i składki rentowej. Do tego dochodził szybki wzrost kredytów – tak konsumpcyjnych, jak i mieszkaniowych (finansowanych w głównej mierze pieniędzmi pożyczanymi przez polskie banki za granicą).

Wybuch kryzysu niemal w jednej chwili zmienił sytuację – choć nie do końca. Wprawdzie firmy produkujące na rynki zagraniczne nagle wpadły w pułapkę braku zamówień, ale ich kondycja szybko się poprawiła, bo w ciągu zaledwie kilku miesięcy złoty stracił połowę swojej wartości. Polskie towary nagle stały się za granicą bardzo konkurencyjne. (Osobną sprawą jest to, że wiele firm upadło z powodu pamiętnych opcji walutowych, których koszt dla całej gospodarki można liczyć w miliardach złotych). Załamał się też rynek walutowych kredytów hipotecznych, a wraz z nim popyt na mieszkania. Równocześnie jednak konsumpcja pozostała dość mocna. Prywatne firmy przestały inwestować i zajęły się restrukturyzacją, która często oznaczała zwolnienia pracowników (ale też zwiększenie wydajności). Zostały nam jednak projekty publiczne – jakby nigdy nic budowaliśmy drogi, stadiony, miejskie pływalnie czy inne obiekty użyteczności publicznej.

To wszystko sprawiło, że nie było mowy o recesji. Według Eurostatu, unijnego biura statystycznego, które dysponuje porównywalnymi danymi dla wszystkich krajów UE, wzrostowi polskiego PKB tylko raz (w III kwartale 2009 r.) przydarzyło się wówczas wyhamować do mniej niż 1 proc. w skali roku. Podkreślmy – wzrostowi. Dla porównania na Łotwie był wtedy spadek o 18,6 proc. W całej Unii spadek wynosił 4,3 proc.

– Wtedy było o tyle gorzej, że recesja była głęboka, ale stosunkowo szybko udało się z niej wyjść. Teraz spadek PKB jest mniejszy, ale powrót do wzrostu będzie wolniejszy – komentuje Rafał Benecki, główny ekonomista ING Banku Śląskiego. – No i teraz jest mniej instrumentów w polityce gospodarczej, żeby przeciwdziałać recesji. Po poprzedniej kraje europejskie, i nie tylko, mają garb długów, który nie bardzo wiadomo jak zmniejszyć, jeśli nie liczyć utrzymywania stóp procentowych na poziomie niższym od inflacji – dodaje Benecki.

Brak pozytywnych sygnałów

W chwili oddawania do druku „Polskich firm” nie znaliśmy jeszcze tempa wzrostu gospodarczego za III kwartał bieżącego roku. Prognozy ekonomistów wskazywały, że powinno być to 1,5 proc. po wzroście o 2,3 proc. w okresie kwiecień–czerwiec. Co teraz dzieje się z naszą gospodarką?

Podobnie, jak cztery lata temu, jest problem z eksportem. W przeliczeniu na euro już od kilkunastu miesięcy mamy do czynienia z wzrostem nieprzekraczającym 10 proc. w skali roku (zdarzył się nawet miesiąc spadkowy). Może być jeszcze gorzej – przede wszystkim ze względu na pogarszanie się koniunktury w Niemczech.

„Kontynuacja spowolnienia gospodarczego u naszego największego partnera handlowego oraz wzrost prawdopodobieństwa recesji na przełomie 2012 i 2013 r. będzie jednym z czynników przyczyniających się do silnego wyhamowania wzrostu gospodarczego w pierwszym półroczu 2013 r. w Polsce” – napisali niedawno w komentarzu ekonomiści Invest-Banku.

Niech nas nie zwiedzie to, że analitycy mówią o eksporcie netto jako o podstawowym w najbliższym czasie czynniku wzrostu gospodarczego. Eksport netto poprawi nam statystyki dlatego, że w imporcie hamowanie będzie jeszcze większe niż w eksporcie.

Import zaś hamuje, bo słabnie zarówno popyt inwestycyjny, jak i konsumpcyjny. Dynamika konsumpcji już w II kwartale spowolniła do 1,2 proc. w ujęciu rocznym – to najsłabszy wynik od II kwartału 2009 r. Wtedy było dno poprzedniej fali kryzysu, teraz dno jest jeszcze przed nami: już od kilku miesięcy nie rośnie zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw, a chociaż inflacja spada, to cały czas mamy do czynienia z realnym obniżeniem siły nabywczej wynagrodzeń.

– W niektórych branżach, np. budowlanej, trwają zwolnienia grupowe. Firmy nie zatrudniają nowych pracowników, bo obawiają się o przyszłość. Sytuacja na rynku pracy będzie miała negatywny wpływ na konsumpcję indywidualną, czyli do niedawna główny czynnik wzrostu gospodarczego – komentuje Monika Zakrzewska, ekspert PKPP Lewiatan.

W przypadku inwestycji w II kwartale mieliśmy do czynienia jeszcze ze wzrostem, ale wynosił on już tylko 1,3 proc. (w końcówce ub.r. dynamika przekraczała jeszcze 10 proc.) Mówimy przy tym o okresie, w którym oddawano do użytku wiele projektów szykowanych na piłkarskie mistrzostwa Europy, a więc właśnie wtedy były one ujmowane w statystyce.

Koło zamachowe

Zdaniem specjalistów, końcówka tego roku zaczyna już wyraźnie słabszy okres dla naszej gospodarki. Pierwsze dane nie są jednak aż tak złe, jak się obawiano. Produkcja sprzedana przemysłu była w październiku o 4,6 proc. wyższa niż rok wcześniej.

To wynik lepszy od oczekiwań większości analityków. Skąd ten wzrost? „W stosunku do października ub.r. wzrost produkcji sprzedanej odnotowano w 27 (spośród 34) działach przemysłu, m.in. w wydobywaniu węgla kamiennego i brunatnego – o 13,9 proc., w produkcji urządzeń elektrycznych – o 12,2 proc., chemikaliów i wyrobów chemicznych – o 11,0 proc., papieru i wyrobów z papieru – o 10,2 proc.” – podał GUS.

Równocześnie jednak widać, że popyt jest słaby. Świadczą o tym coraz mniejsze możliwości podnoszenia cen. „Osłabienie popytu skłania przedsiębiorców do obniżania cen produkowanych wyrobów w szczególności w tych działach, które najsilniej odczuwają efekty negatywnych wstrząsów w polskiej gospodarce, takich jak produkcja metali (spadek cen o 1,3 proc. w skali miesiąca) czy budownictwo – komentują ekonomiści Kredyt Banku.

Jak sytuacja w całej naszej gospodarce przełoży się na firmy? Według Macieja Relugi, głównego ekonomisty Banku Zachodniego WBK, w najbliższych miesiącach kiepskie są perspektywy branży budowlanej i handlu. – W przypadku tej pierwszej branży 2013 r. pokaże zapewne spadki, co będzie się wiązało przede wszystkim z niskimi inwestycjami publicznymi – wyjaśnia. – Jeśli chodzi o handel, to będzie on ofiarą kiepskich perspektyw konsumpcji. Popyt prywatny nie będzie rósł, bo dochody do dyspozycji nie rosną, a będziemy mieć do czynienia ze wzrostem bezrobocia – dodaje Reluga.

Ekonomista przewiduje, że w całym 2013 r. produkt krajowy brutto Polski urośnie o 1,9 proc., a „dołek koniunktury” będziemy mieć w pierwszych miesiącach przyszłego roku. – Ożywienie rozpocznie się od eksporterów. Chociaż obecnie faktycznie mają oni problem z popytem ze strony naszych głównych parterów handlowych, czyli największych państw Unii Europejskiej, to w przyszłym roku sytuacja tam powinna nieco się poprawić i cały 2013 r. może okazać się nie taki zły – ma nadzieję Reluga. Wskazuje, że nawet bez tego ożywienia w krajach UE polskie firmy będą sobie radzić: - Wyraźnie widać dywersyfikację geograficzną naszego eksportu. Gdy słabnie popyt w jednym regionie, polskie przedsiębiorstwa atakują gdzie indziej. Stąd ostatni wzrost udziału eksportu na wschód.