Nie tylko wynik szczytu w sprawie unijnego budżetu do 2020 r., lecz także sam przebieg negocjacji dowodzą zasadniczej zmiany układu sił w Europie. Francja – przez dziesięciolecia najbardziej wpływowy kraj Wspólnoty – znalazła się w defensywie. Oto bowiem wbrew woli Paryża po raz pierwszy od powołania Unii wydatki Brukseli realnie spadną. Zapowiedź prezydenta Hollande’a, że nie zgodzi się na budżet, który „zapomina o rolnictwie i ignoruje wzrost”, nie zdały się na zbyt wiele. To właśnie fundusze na rozwój infrastruktury, transport i telekomunikację, które miały być motorem wzrostu gospodarczego, zostały obcięte najbardziej. A przecież w swojej kampanii wyborczej w maju zeszłego roku Hollande na pierwszy plan wysuwał pomysł pakietu stymulacyjnego, jaki przeforsuje w Brukseli w odpowiedzi na politykę oszczędzania narzuconą przez Angelę Merkel.

Ostateczna globalna kwota cięć może jest nieznaczna (30 mld euro w skali 7 lat, czyli 3 proc. mniej niż w okresie 2007–2013). Ale pokazuje zasadniczą zmianę tendencji. Unia będzie raczej zmierzała w kierunku wymarzonej przez Brytyjczyków, a popieranej przez Niemców strefy wolnego handlu niż „solidarnej” i „federalnej” struktury, jakiej chciałby Paryż. Tym bardziej że mimo mniejszych środków Bruksela będzie musiała przed 2020 r. przyjąć do swojego grona Chorwację, a także wywiązać się z kilku niedawno powierzonych jej zadań, jak kontrola banków i nadzór nad budżetami państw Wspólnoty.

Po raz pierwszy podczas minionego szczytu Francja nie tylko nie współdziałała ręka w rękę z Niemcami, ale wręcz znalazła się wobec Berlina po drugiej stronie barykady. W kluczowym momencie prezydent Hollande wręcz odmówił spotkania z Angelą Merkel i Davidem Cameronem, a nawet nie odbierał telefonu od obu przywódców. Niespodziewanie powstał dość egzotyczny sojusz Francji z Włochami, Hiszpanią i Polską w obronie transferów finansowych. A więc zwarcie bogatej północy Unii z biedniejszym południem i wschodem Wspólnoty.

Na razie dramatu jeszcze nie ma. W nowym budżecie rolnictwo, najważniejsza dla Francji pozycja, wciąż przejmuje 40 proc. wydatków, choć zostało zredukowane z 420 mld euro w obecnej siedmiolatce do 375 mld euro w nadchodzącej. Także polityka spójności wciąż stanowi około 1/3 wydatków, dzięki czemu udało się wygospodarować dla Polski około 10 mld euro rocznie pomocy regionalnej. Ale nie ma wątpliwości, że narzucenie przez Niemcy oszczędności to wyraz siły gospodarczej tego kraju. I jeśli francusko-hiszpańsko-włosko-polski klub do 2020 r. nie umocni swojej konkurencyjnej zaległości, dyktando Berlina będzie jeszcze surowsze, a sowite transfery z Brukseli mogą okazać się już tylko miłym wspomnieniem.