Jesteśmy kaskaderzy, cholerni kamikadze, nienormalni ludzie. Wchodzimy w układ, który w 50 przypadkach na sto kończy się katastrofą. Ale i tak w to brniemy. My, przedsiębiorcy. My, biznesmeni.

W zeszłym roku do sądów trafiło 4091 wniosków o upadłość firm, 22 proc., czyli 900 skończyło się ogłoszeniem bankructwa. W tym roku sądy wydały już jakieś 180 postanowień o upadłości. Wiadomo, kryzys. Jednak oficjalne dane to tylko cząstka problemu. Nie obejmują firm zombie wciąż figurujących w rejestrach, a już dawno nieistniejących. I nie uwzględniają drobnych przedsiębiorców prowadzących działalność gospodarczą jako osoby fizyczne. A w ich przypadku plajta to prawdziwy dramat: tracą nie tylko firmę i źródło utrzymania, lecz także dorobek całego życia, a ich długi dziedziczą dzieci. W naszym kraju przedsiębiorca to zajęcie równie ryzykowne jak zawód sapera. Pomylisz się raz – i koniec.

>>> Czytaj też: Zadaniowość z pracy przenosimy do życia prywatnego

Do więzienia, panie przedsiębiorco

Nazwijmy go Zenon Nowak. Był właścicielem firmy lakierniczej z Wielkopolski. Jego historię opowiada Jerzy Bartnik, prezes Związku Rzemiosła Polskiego. Nowak zatrudniał kilka osób, miał zlecenia nie tylko na picowanie samochodów pechowych kierowców, lecz także na lakierowanie wagonów taboru kolejowego. Interes więc całkiem nieźle się kręcił. Przyszła dekoniunktura, zaczął się kłopot ze zleceniami, kilku kontrahentów zalegało ze spłatą. Nowak walczył do ostatniej chwili, ale nie dał rady. Został z długami. Jako że zalegał ze składkami na ZUS na 18 tys. zł, w świetle prawa był przestępcą. W jego sprawie zapadł wyrok: 1,5 roku bezwzględnego pozbawienia wolności. Poszedł siedzieć. Komornik wystawił na licytację warsztaty i dom, ale nie znalazł się żaden klient. Ludzie Zenona cenili, nie chcieli przyłożyć ręki do jego zniszczenia. Bartnik: – Wyszedł z pudła, próbuje dalej walczyć, ale ma ciężko. Długi, których się prócz ZUS trochę nagromadziło, nie zniknęły. Będzie je spłacał do śmierci – mówi. I zadaje retoryczne pytanie: czy jakiś bank da takiemu bankrutowi kredyt obrotowy lub na inwestycje? Nie da.

Antoni Odzimek, zastępca prezesa ZRP: – Znam przedsiębiorcę, który sprzedał swoje narządy, by pospłacać długi. Jednak więcej pechowych biznesmenów decyduje się wyjechać za granicę, schować, zostawiając w kraju swoje niepowodzenia.

Ponieważ za działalność gospodarczą odpowiada się całym majątkiem, biznesmeni do ostatniej chwili zwlekają z ogłoszeniem klapy. Walczą, mają nadzieję na cud. Ale cuda nie chcą się zdarzać.

Firmy padają, bo psuje się koniunktura. Bo właściciel podejmie chybioną decyzję. Jednak czasem decyduje zwykły pech. Bartnik jak z rękawa wyciąga kolejną opowieść: o właścicielu dużej firmy zatrudniającej 300 osób, któremu zakład spłonął. W jedną noc. Miał wykupioną polisę, ale ubezpieczyciel robił wszystko, żeby nie wypłacić odszkodowania. Dochodzenie, analizy. Eksperci sugerowali, że gość się sam podpalił. Szarpali się w sądach kilka lat. Zanim przedsiębiorca wygrał, jego firma padła, pracownicy poszli na bruk, on z odszkodowania mógł pospłacać już tylko długi z odsetkami. Niecałe.

– Bo tak też traktują małych przedsiębiorców politycy. I to wszystkich opcji. Taki jest w kraju dla biznesu klimat – zżyma się prezes ZRP. I opowiada, że kiedy był w Stanach Zjednoczonych, zachwycił go system tamtejszych funduszy gwarancyjnych przeznaczonych specjalnie dla małych i średnich firm. Z budżetem, jak podkreśla, federalnym. Biznesmen, który zapisał się do takiego funduszu i wpadł w kłopoty, mógł liczyć na to, że fundusz spłaci za niego długi. A przedsiębiorcy nic już nie będzie obciążało. – I nie będzie musiał oddać ani dolara – zapewnia Bartnik. I dodaje, że z tych ratowanych spółek tylko 30 proc. przeżywa i działa dalej. Ale i tak to się ostatecznie opłaca. Bo jak argumentuje Bartnik, ludzie ci prowadzą interesy do starości, przekazują firmy dzieciom, zatrudniają ludzi, wszyscy płacą podatki, kupują towary, a gospodarka się kręci. – Czasem warto człowiekowi dać w życiu drugą szansę – kwituje. – Gdyby każdy z naszych polityków mógł wpisać do swojego CV, że choćby dwa miesiące w życiu przeżył na własny rachunek, nasza rzeczywistość gospodarcza wyglądałaby całkiem inaczej.

Twarde prawo, głupie prawo

– Zmiana ustawy upadłościowej w 2003 roku była konieczna, ale nie do końca udana – ocenia mecenas Piotr Zimmerman z kancelarii Zimmerman i Wspólnicy spółka komandytowa, ekspert prawa upadłościowego i naprawczego, konsultant BCC. Starą ustawę, z 1934 roku, uznano za zbyt anachroniczną i niepasującą do realiów współczesnego kapitalizmu. Przepisy wprowadzono w życie przy powszechnym aplauzie środowisk zarówno prawników, jak i biznesmenów. Dziś Zimmerman jest w grupie ekspertów, którzy pracują nad nowelizacją prawa upadłościowego – to obowiązujące narobiło zbyt wiele zła. Sprawiło choćby, że restytucja, czyli naprawa popadającej w kłopoty firmy, jest fikcją, bo bardzo trudno z niej skorzystać. Podobnie jak z postępowania układowego.

– Jak sięgam pamięcią, nie przypominam sobie sprawy w moim wydziale, w której działalność układowa przyniosłaby oczekiwane efekty – przyznaje sędzia Janusz Płoch, przewodniczący Wydziału VIII Gospodarczego dla spraw upadłościowych i naprawczych Sądu Rejonowego dla Krakowa-Śródmieścia.

– W ramach wieloletniej praktyki nie spotkałem się ani razu ze skutecznie przeprowadzonym i efektywnie zakończonym postępowaniem układowym lub też naprawczym – potwierdza mec. Jacek Świeca, partner zarządzający w Kancelarii Prawnej Świeca i Wspólnicy, członek Gospodarczego Gabinetu Cieni Business Centre Club.

Obaj zgodnie przyznają, że jednym z głównych powodów jest fakt, że przedsiębiorcy zwlekają z ogłoszeniem upadłości. Kiedy wreszcie się decydują, firma jest już w tak złej kondycji, że jest na to za późno. Winne jest też nieprecyzyjne prawo. Bo kiedy biznesmen powinien wystąpić z wnioskiem o upadłość? Według przepisów wówczas, kiedy staje się niewypłacalny. Tylko co to znaczy? W zasadzie każdy, kto ma niezapłacone dwie faktury z gatunku wymagalnych, powinien ogłosić plajtę. Niewypłacalnych jest w takim razie 90 proc. przedsiębiorstw, dziś wszystkie zwlekają z płatnościami, kredytują się w urzędach podatkowych, wywijają finansowe piruety. Dlatego eksperci proponują poluzowanie kategorii niewypłacalności i powrót do bardziej płynnego kryterium: utraty płynności finansowej. Czyli mam już kłopoty, ale nie jestem jeszcze niewypłacalny. Jakoś dam radę, ale potrzebuję pomocy, żeby nie upaść.

No właśnie, to straszne słowo: upadłość. Paweł Dobrowolski, ekonomista, ekspert Instytutu Sobieskiego i prezes zarządu Fundacji Obywatelskiego Rozwoju, zwraca uwagę, że dla firmy wejście na drogę upadłości, choćby układowej, to jakby pocałunek śmierci. To słowo naznacza, stygmatyzuje, powoduje, że od takiego przedsiębiorstwa wszyscy uciekają jak od dotkniętego zarazą.

Choć, zaznacza Zimmerman, jest to o tyle dziwne, że wejście w stan upadłości wstrzymuje windykacje komornicze, przestają biec odsetki i, przynajmniej teoretycznie, współpraca z firmą w stanie upadłości jest bezpieczniejsza niż z tą, która nie zgłosiła do sądu swojego złego stanu. Ale cóż, Polak wie swoje. Mało tego: czasem wystarczy rzucić hasło „restrukturyzacja firmy”, żeby wywołać panikę.

Kościuszko ucieka, ale dostaje zadyszki

Tak było w przypadku Jana Kościuszki. Biznesmena, o którym swego czasu rozpisywały się najpoważniejsze dzienniki. Jego upadek zaczął się nie dlatego, że czegoś zaniedbał, coś źle zrobił, ale z tego powodu, że spadła koniunktura, więc on zaczął restrukturyzować swoje Polskie Jadło. Dotąd firma czerpała zyski główne ze sprzedaży franczyzy, ale kiedy banki przestały dawać tak chętnie przedsiębiorcom kredyty na gastronomię, zyski spadły, jak mówi Kościuszko, o 95 proc. – Jednak swoje długi wciąż obsługiwaliśmy – zastrzega. Opóźnienie było niewielkie – z jednym kredytem o miesiąc. Wystarczyło trochę dobrej woli. – Bank zażądał z dnia na dzień spłaty 4,5 mln zł kredytu, który wziąłem na kupno nieruchomości w centrum Krakowa – opowiada biznesmen. Piękna kamienica.

Jak mówi, miał zabezpieczenie w trzech nieruchomościach na wszystkie swoje kredyty – na ponad 17 mln zł. Poszedł więc do drugiego banku, w którym miał zobowiązanie na 11 mln, a który zabezpieczył się jedną hipoteką na wszystkich nieruchomościach, żeby tę hipotekę podzielić. – Myślałem prosto: sprzedam kamienicę, miałem kupca, sprzedam drugą, spłacę oba kredyty, wyjdę na zero. Bank będzie pośredniczył w transakcji, więc swoje pieniądze zachowa pod kontrolą. Ale odpowiedź brzmiała „nie”. Zamiast tego ten drugi bank także zażądał natychmiastowej spłaty kredytu. – Już mogłem tylko iść z wnioskiem o ogłoszenie upadłości, ale na układową sąd się nie zgodził – relacjonuje Kościuszko. Firma weszła w fazę likwidacji. – A wie pani, że teraz łatwiej mi z bankowcami gadać? – mówi Kościuszko. I tłumaczy, że ludzie z kredytów już zaksięgowali jego należności po stronie tych złych i zamknęli sprawę. Teraz przejęli ją ludzie z windykacji. Oni wiedzą, że każda odzyskana złotówka to dla nich powód do chwały. – Korporacje – biznesmen cedzi to słowo niczym przekleństwo. A Cezary Kaźmierczak, prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, komentuje, że w Polsce banki stoją zupełnie ponad prawem. Nie potrzebują wyroku sądowego, same wystawiają tytuł wykonawczy i mogą z człowiekiem zrobić, co im się żywnie podoba.

I co teraz? Kościuszko odpowiada: – Myślałem o samobójstwie, ale postanowiłem jeszcze wykorzystać urlop wypoczynkowy – kpi. Jest fighterem, tanio skóry nie odda. Teraz walczy, aby postępowanie likwidacyjne przekształcić w układowe i montuje radę wierzycieli (bez banków), by móc patrzeć syndykowi na ręce. Ma wyceny swoich nieruchomości: wiadomo, ile są warte na rynku, a ile można za nie dostać przy sprzedaży wymuszonej. Nie pozwoli oddać za bezcen.

Chciałby spłacić tych mniejszych wierzycieli, a boi się, że przy podziale łupów dla nich nie zostanie zbyt wiele. – Żebym patrząc w lustro, rano, przy goleniu, nie musiał zamykać swoich chabrowych oczu – żartuje. Jak ocenia swoje szanse? Na pięćdziesiąt procent. To bardzo dużo. I zarazem mało.

Tylko nie upadłość

Paweł Dobrowolski jest sceptyczny. – Absolutny brak decyzyjności po stronie wierzycieli to jeden z głównych problemów i dziur w prawie upadłościowym – mówi. Bo co oni mogą? Odwoływać się do bólu. Nic poza tym. To syndyk trzyma wszystko w garści. Może sprzedać albo nie sprzedać. Przeciągać upadłość albo się pośpieszyć, w czym nie ma zresztą interesu. Wierzyciele nie mogą syndyka odwołać, zmienić, ustalić wynagrodzenia. Nie mogą na przykład powiedzieć: za każde odzyskane 50 groszy ze złotówki 25 idzie dla ciebie. Miałby motywację, żeby sprawnie i szybko działać. A tak likwidacje ciągną się latami. – Wierzyciele, zwłaszcza ci mali, mogą sobie czekać i marzyć – podsumowuje Dobrowolski.

Według raportu Banku Światowego „Doing Business” upadłość trwa przeciętnie od 2 do 3 lat. – Jednak w zakresie procedury upadłościowej w istocie wydłuża się to jeszcze bardziej – mówi mec. Świeca. – Osobiście znam postępowanie, które trwało ponad 10 lat.

W dodatku upadłość a la polonaise jest droga dla dłużnika – stąd firmy zombie które po prostu zaprzestały działalności, nikt ich nie ściga, bo nie mają już nic, ale nadal figurują w rejestrach.

Jest też nierentowna dla wierzycieli. Wprawdzie wielcy, czyli ZUS, urzędy skarbowe, banki, ci wszyscy, którzy mają zabezpieczenie swoich długów, z dużym prawdopodobieństwem je odzyskają. Na swoje zawsze wyjdą syndyk i komornicy – ich wynagrodzenie wypłacane jest w pierwszej kolejności. Ale mali akcjonariusze, podwykonawcy, dostarczyciele towaru idą na dno razem z większą firmą, która pierwsza upadła. Bo dla nich już nic nie zostaje. I dlatego, jak mówi Dobrowolski, w naszym kraju upadłości jest w rzeczywistości bardzo mało. W 38-milionowej Polsce rocznie jest ich zaledwie tyle, co w ciągu miesiąca w 11-milionowej Belgii.

Aby poprawić sytuację drobnych, nieuprzywilejowanych wierzycieli (kategoria czwarta), wystarczy prosty ruch: podzielić ich jak w USA, co proponuje Cezary Kaźmierczak, na dwie tylko kategorie: dużych i małych. Albo, podpowiada mec. Świeca, wziąć przykład z Malty. Tam także są tylko dwie kategorie: wierzytelności uprzywilejowane (ubezpieczenie pracowników, pensje i koszty postępowania upadłościowego) oraz reszta.

Trzeba coś zmienić, tylko nie wszyscy by chcieli

Wiedząc, że nie mogą liczyć na sądy i syndyków, wierzyciele bywają więc najmniej zainteresowani tym, aby firma, która jest im winna pieniądze, ogłaszała upadłość. Przeciwnie – jeśli działa, to zawsze może coś zapłacić. Wolą więc, omijając prawo, dogadywać się nieoficjalnie. Jak opowiada znajomy przedsiębiorca, zwykle działa to tak: do dłużnika przychodzi wierzyciel, czasem jest to instytucja finansowa, czasem zamożna firma, i składa propozycję – załóż spółkę córkę, ja ci na nią pożyczę trochę pieniędzy, niech sprzedaje, co wyprodukujesz, a ty będziesz miał mnie z czego spłacać. Czasem powstają piętrowe konstrukcje, układ działa latami i wszyscy na nim zarabiają. A kiedy wszystko pada, okazuje się, że w spółce matce nie ma już żadnego majątku, wszystko z niej wyssali. Właściciel teoretycznie i tak będzie musiał spłacać długi, jednak w rzeczywistości kupił sobie czas i kilka lat spokoju. Jeśli był sprytny, zdołał odłożyć pieniądze na czarną godzinę. W zarządzie spółki zaś pozatrudniał słupy. Jeśli prezes ma 70 lat i chorobę Parkinsona, może nie przyjść na żadną rozprawę, wystarczy, że przedstawi zaświadczenia lekarskie. W ten sposób można przeciągać likwidację firmy w nieskończoność, tym bardziej że prezes bierze ładną pensję. Niektórzy wciąż próbują metody na żółte papiery, ale po serii wpadek lekarze psychiatrzy niechętnie już wydają takie zaświadczenia.

To są jednak metody cwaniaków. Większość z przedsiębiorców, którzy popadli w długi, jest uczciwa. Chcieliby spłacić zobowiązania, jakoś się dogadać, zacząć wszystko od nowa. Jednak zamiast szansy, dostają biznesowe lanie.

– Dlatego bardzo nam zależy, aby wprowadzić w znowelizowanej ustawie uproszczone reguły dogadywania się z wierzycielami – relacjonuje mecenas Piotr Zimmerman. To model sanacji firmy, na podobieństwo amerykańskiego Chapter 11. Stopień pomiędzy postępowaniem układowym a upadłościowym. Mechanizm jest prosty. Do firmy w kłopotach wchodzi nowy zarząd. Stary, czyli przedstawiciel dłużnika, zostaje odcięty od decyzji, żeby więcej nie narozrabiał. Nowy zarząd leczy firmę, po 12 miesiącach działań naprawczych (za które zapłaci właściciel) zwołuje się wierzycieli, aby zapoznali się z kondycją przedsiębiorstwa i zagłosowali: ma jeszcze szansę funkcjonować i pospłacać długi czy nie ma. Jeśli tak, „komisarze” wycofują się i radź sobie, właścicielu, sam.

Kolejny punkt zdaniem ekspertów, niezbędny do tego, żeby wyeliminować polskie patologie, to zmiana przepisu, który pozwala na to, aby zarządca sądowy, czyli osoba, którą sąd wyznacza do postępowania układowego, w razie zmiany statusu na postępowanie likwidacyjne nie mogła zostać syndykiem w tym samym zakładzie. Bo dziś, jak mówią prawnicy, staje się nim z automatu. Wprawdzie sędziowie bronią, że to tyle logiczne, że taki zarządca zna już firmę, jej problemy, a nowy człowiek musiałby się wszystkiego uczyć od nowa. Problem w tym, jak podnosi mec. Zimmerman, że zarządca nie jest zainteresowany postawieniem firmy na nogi, jeśli ma perspektywę, że może zostać jej syndykiem i zarabiać na niej przez długie lata. – Jest mnóstwo skarg na nieetyczne postępowanie zarządców i syndyków – mówi Zimmerman. Bez zmiany prawa w tym zakresie nic się nie da zrobić. Jeśli się uda, jest szansa także na to, że da się przeprowadzić więcej postępowań układowych. Dziś, jeśli takie są i się udają, dotyczą zwykle dużych przedsiębiorstw i ważnych na tyle, że ich plajta spowoduje biznesowe trzęsienie ziemi na większą skalę. – Tak było np. z zakładami mięsnymi Duda, które w 2010 r. stanęły wobec kwestii spłacenia zobowiązań (kilkadziesiąt mln zł) z tytułu opcji walutowych wobec banków. Wierzyciele zgodzili się na układ i zamienili opcje na akcje. Stali się współwłaścicielami zakładu, przy czym właściciel i wierzyciele zachowali opcję na odkup akcji. Niedługo ten okres nadejdzie, własność wróci do właściciela, a wierzyciele dostaną swoje pieniądze – opowiada mec. Piotr Zimmerman. Ma w pamięci jeszcze dwa toczące się postępowania. Jedno dotyczy producenta galanterii skórzanej. Tu wierzyciele dostali propozycję skonwertowania wierzytelności na udziały. Głosowania jeszcze nie było. Kolejne postępowanie dotyczy dużego przedsiębiorstwa branży mleczarskiej. Popadło w tarapaty, bo podwykonawcy lekceważyli zobowiązanie do zachowania dobrej jakości produktów i odbiorca upomniał się o bardzo wysoką karę umowną. I tutaj udało się wyjść z kłopotów z tarczą: wierzyciele przegłosowali układ zakładający rozłożenie zobowiązań w czasie. Gdyby doszło do likwidacji firmy, nie dostaliby nic.

Dobrze, że w tych przypadkach wierzyciele byli zgodni. Gorzej może być w przypadku firmy Jana Kościuszki, gdzie banki nie są zainteresowane restytucją firmy. Dziś, nawet jeśli nie wezmą udziału w głosowaniu, jest to liczone tak, jakby opowiedziały się przeciw. Nowelizacja zakłada, żeby głosy tzw. wierzycieli niezainteresowanych, czyli tych, którzy nie biorą czynnego udziału w postępowaniu, były pomijane.

Hodowanie długu i bankrutów

Zespół ds. nowelizacji prawa upadłościowego działa od roku. Przy-gotował już główne założenia do poprawionych przepisów. Nazbierało się przeszło 400 stron maszynopisu. Mają ambicje skończyć prace pod koniec tego roku, jeśli polityczny klimat będzie pomyślny. Hubert Kropielnicki, były przedsiębiorca i biznesmen, dziś w szarej strefie, czytał ten dokument. – Jest bardzo sensowny – mówi. – Szkoda tylko, że o mnie nie ma tam ani słowa. I o takich jak ja, a jest nas jeszcze mnóstwo. Historia Huberta Kropielnickiego jest typowa: w 1992 r. wraz z siostrą i przyjacielem założyli spółkę cywilną Hej Kontex, dziewiarstwo. Firma powstała dzięki kredytowi (oprocentowanie 90 proc. w skali rocznej) i początkowo zatrudniała 5 osób. Kiedy padała, w 1999 r., miała 100 pracowników, z czego 50 to niepełnosprawni, byli zakładem pracy chronionej. Dobrze szło, więc zamiast wynajmować pomieszczenie, zainwestowali (kolejny kredyt) w budynek fabryczny w Zalesiu Górnym pod Warszawą. Byli jedną z większych firm tej branży, lecieli na włoskiej technologii, ich maszyny marki Santoni to były wówczas dziewiarskie statki kosmiczne. Każda warta 200 tys. zł. Co się stało? Przyszedł kryzys w Rosji, gdzie za gotówkę sprzedawali 30 proc. produkcji. Oprócz tego elektrownia zamiast w 3 miesiące podłączyć nam linię średniego zasilania, potrzebowała 1,5 roku, produkcja siadła. – Prawniczka odradzała nam zgłaszanie upadłości – wspomina Kropielnicki. Mówiła, że mają majątek – fabryka warta ponad milion, park maszynowy drugie tyle – że żaden sąd się na to nie zgodzi. Ich długi wynosiły wówczas 400 tys. zł. Lepiej sprzedać majątek, resztę pieniędzy schować do kieszeni.

I co się stało? – Chcieliśmy ratować firmę. Zaproponowaliśmy bankowi, żeby przejął od nas fabrykę i nam ją wynajął. Wydawało się to uczciwe. Wypowiedzieli nam kredyt. Do akcji wkroczyli komornicy. Kiedy Kropielnicki poszedł do etatowej pracy, ściągali mu połowę pensji, ale majątku nie sprzedawali. – Kiedyś, na papierosie, kiedy znów poszedłem do sądu prosić o zintensyfikowanie starań i wystawienie nieruchomości na sprzedaż, kolega mojego komornika powiedział: „Panie, dokąd pan płacisz, a płacisz, bo pracujesz, my nie będziemy niczego sprzedawać. Wystarczy patrzeć, jak się ten dług ładnie hoduje”. Hubert Kropielnicki rzucił pracę. Fabrykę komornik sprzedał dwa lata temu za 800 tys. W zeszłym roku pod młotek poszedł jego rodzinny dom w Otrębusach. Za 330 tys., z czego 80 tys. stanowiły koszty komornicze. – Spłaciłem ponad milion złotych, zostało mi ponad milion i dług wciąż rośnie. Tak się ładnie się wyhodował – mówi Kropielnicki. Dlatego uważa, że nowelizując ustawę o upadłościach, państwo powinno pomyśleć o takich jak on, którzy marzą o tym, by upaść. – Jest nam to winne – mówi. – Choćby dlatego że pozwala na to, aby komornicy po kilkanaście lat sprzedawali majątek, żerując jak wszy na swoich ofiarach. A takich jak ja jest wielu.