Książkę wydaną po raz pierwszy w 1952 r. przypomina specjalizujące się w propagowaniu klasyków ekonomicznego liberalizmu wydawnictwo Prohibita. Wymowa tego odkurzonego dzieła niejednego może zaskoczyć.

Recenzja służyć powinna czytelnikowi. Na początek więc rada praktyczna. Tę książkę należy zacząć czytać od strony 147. Śmiałek, który spróbuje przebrnąć przez jej pierwszą część, prawie na pewno odpadnie. Hayek robi tam wiele, by przy użyciu bardzo nużącego języka odstraszyć potencjalnego czytelnika. Trochę nie wiadomo po co, bo główne przesłanie tej książki można zawrzeć w kilku krótkich zdaniach: W XIX wieku ekonomia skręciła w niebezpiecznym kierunku. Ton jej zaczęli nadawać ludzie uprawiający kult nauki. Ich wiara, że wszystko możemy zmierzyć i wyliczyć, a potem dzięki tej wiedzy zarządzać gospodarką, sprawiła, że prawdziwi liberałowie znaleźli się w defensywie. I zdaniem Hayeka już z niej nie wyszli.

Odradzanie czytelnikowi zagłębiania się w pierwsze 146 stron Hayekowskiego dzieła nie jest bynajmniej próbą jego kompromitowania. Odwrotnie. Startując od części drugiej, szybko odkryjemy, że tę książkę warto przeczytać. Bo sztywny Hayek zmienia się w niezłego gawędziarza, a anegdota zaczyna gonić anegdotę.

Austriak pisze tu na przykład o Henrim de Saint-Simonie, jednym z bardziej znanych socjalistów utopijnych z początków XIX wieku. Tenże Saint-Simon był dziwakiem, jakich mało. Zrzekł się tytułu szlacheckiego, przepuścił cały majątek i do tego stopnia poświęcił się planowaniu lepszego świata, że musiał go utrzymywać jego własny lokaj. Ale Saint-Simon po prostu nie mógł inaczej. Uważał, że jest (kolejnym po Izaaku Newtonie) boskim pomazańcem zesłanym, by sprowadzić ludzkość na właściwe tory. To znaczy nawrócić na nową wiarę w naukę. W tym celu należałoby stworzyć Wielką Radę Newtonowską złożoną z matematyków, fizyków, chemików, fizjologów, muzyków i malarzy. Mieliby oni zostać wybrani w głosowaniu powszechnym, a następnie pozbawić urzędów papieża, kardynałów, biskupów i księży. Zadaniem rady byłoby stworzenie nowej Biblii, czyli Encyklopedii zawierającej wskazówki potrzebne do rządzenia światem i gospodarką przyszłości. Podobnie karykaturalne marzenia o lepszym świecie Hayek wyrzuca większości kontynuatorów myśli Saint-Simona, aż po ojca socjologii Augusta Comte’a oraz Hegla. Od którego już zaledwie krok do Karola Marksa i socjalizmu, który znamy z historii XX wieku. Hayek wszystkich tych panów nie bardzo lubi, bezlitośnie piętnuje więc ich błędy i przejawy naiwności. Ale trzeba przyznać, że robi to piórem lekkim. Jak gdyby był figlarnym felietonistą, a nie znanym z raczej ciężkawych wykładów profesorem ekonomii.

>>> Czytaj też: "Keynes kontra Hayek. Spór, który zdefiniował współczesną ekonomię" - recenzja

Zakładam, że książka ta trafi raczej do czytelników, którym arcyliberalne poglądy Hayeka są dość bliskie. Którzy uważają, że rząd to zło, a rynek zadziała najlepiej dla wszystkich dopiero wówczas, gdy zostawi się go w spokoju. Ale właśnie dla nich z lektury „Nadużycia rozumu” płynie wniosek dość nieoczekiwany. Bo przecież Hayek piętnuje tu kult nauki w ekonomii, sroży się na tych, którzy głoszą, że potrafią wszystko wyliczyć i zmierzyć, mając na myśli XIX-wiecznych scjentystów. Ojców chrzestnych Marksa i Lenina. Ale to było dawno. Dziś Hayek z „Nadużycia rozumu” brzmi jak krytyk neoliberalizmu. Tej wiary w mądrość ekonomistów (i głupotę polityków) kojarzonej z takimi postaciami, jak Reagan, Thatcher czy Greenspan. A u nas choćby Balcerowicz i wszyscy jego wyznawcy. Czy to nie paradoks, że Hayek jest dla nich jednym z najważniejszych punktów odniesienia?

>>> Czytaj też: "Kryzys zadłużenia i jak z niego wyjść" - recenzja książki D. Milleta, E. Toussainta,