Co dobrego pani ostatnio czytała?

Od pewnego czasu szczególne wrażenie robią na mnie książki nibyekonomiczne, ale zahaczające o inne dziedziny. Na przykład „Czego nie można kupić za pieniądze” Michaela Sandela (Kurhaus Publishing, Warszawa 2012). Jej autor jest socjologiem, a nie ekonomistą.

Książka Sandela była nominowana do naszej nagrody Economicus.

I bardzo dobrze, bo dotyka ona fundamentalnej problematyki: w jakim stopniu pieniądz powinien determinować nasze działania, a jakie dziedziny nie mogą podlegać czystej komercji. To problem umykający w bieżących sporach politycznych czy gospodarczych. Z jednej strony mamy silną tendencję do komercjalizowania możliwe największych obszarów naszego życia – co ma swoje zalety i wady. Z drugiej strony nie jest należycie doceniana czy postrzegana komercyjna strona wielu działań, co nie sprzyja poprawności rachunku ekonomicznego. Dotyczy to np. architektury krajobrazu.

O, to mój ulubiony temat, bo to problem kompletnie zaniedbany w Polsce.

W ogóle się nie mówi o tym, że dbałość o architekturę krajobrazu to czynnik pomnażający bogactwo i PKB. Że jej wysoka jakość nie tylko wpływa na jakość życia ludzi, lecz także przekłada się na konkretne efekty ekonomiczne: zwiększa wartość nieruchomości, przyciąga inwestorów i turystów, co nakręca gospodarkę. Piękno krajobrazu, choć kształtuje dobrostan kraju, nie przekłada się bezpośrednio na wielkość PKB, stąd inwestycje w tej dziedzinie postrzegane są niemalże wyłącznie jako dodatkowe koszty. To tylko jeden z przykładów prostackiego zafałszowanego rachunku ekonomicznego. A przecież już Einstein przestrzegał, że nie wszystko, co się liczy, jest policzalne, i nie wszystko, co jest policzalne, się liczy. Mam wrażenie, że u nas coraz więcej można za pieniądze kupić. Bo myśmy od początku transformacji poszli na makdonaldyzm stosowany.

>>> Czytaj też: Polska - od wielkości do upadku

Barwna metafora.

Niektórzy ekonomiści uważają, że Tadeusz Mazowiecki w pierwszych latach transformacji popełnił „kolumbowy błąd” - szukał wzoru w Bonn, a podsunięto mu reformy z Chicago. Naśladowaliśmy wzorce amerykańskie, kompletnie lekceważąc bliższe naszej kulturze i mentalności pomysły europejskie. Choćby model skandynawski – mówiąc, że nas na niego nie stać.

A stać nas?

Szwecja też nie od razu była bogata. W Polsce wydatki socjalne wcale nie są takie małe, ale bardzo często źle adresowane i w konsekwencji nie przynoszą zakładanych rezultatów. Te pieniądze są marnowane.

>>> Czytaj też: Przełom w ekonomii szczęścia

Na przykład?

Czy zdajemy sobie sprawę, ile – jako kraj – tracimy na tym, że dzieci z biednych rodzin tkwią w pułapce generacyjnego bezrobocia. Czasami te najbardziej zdolne się przebijają, a co z resztą? I to w sytuacji, gdy edukacja tylnymi drzwiami się komercjalizuje. Osoby, których na to nie stać, mają mniejsze szanse na znalezienie dobrej pracy. A za to płaci już całe państwo, czy to w formie wyższych wydatków socjalnych, czy przestępczości, czy słabiej wykwalifikowanej siły roboczej, czy mniejszej innowacyjności. Inny, jeszcze bardziej jaskrawy przykład, to służba zdrowia. Oszczędzamy na profilaktycznym leczeniu, zwłaszcza dzieci, ale to zaniedbanie wraca w postaci ciężkich chorób, które jeszcze więcej kosztują, bo obniżają produktywność i generują wydatki rentowe. Oba przykłady dobrze pokazują rachunek kosztów zewnętrznych, zupełnie niedostrzegany w naszych bieżących dyskusjach ekonomicznych. Bo mamy w Polsce jakieś straszliwe przekleństwo krótkoterminowości. Oszczędzimy, nie wydamy i jest świetnie. A co potem? Kto za to zapłaci? Oczywiście my z podatków. Chwalić Boga, że są takie książki jak Sandela. Nic dziwnego, że ma na swoich wykładach na Harvardzie tłumy słuchaczy.

Przydałaby się taka książka napisana przez Polaka. Z polskimi, a nie amerykańskimi przykładami.

Pisała o tym Maria Jarosz w „Wygrani i przegrani polskiej transformacji” (Oficyna Wydawnicza, Warszawa 2005). Pisał o tym sporo Tadeusz Kowalik. Za każdym razem zarzucano mu, że jest socjalistą. Ale to w gruncie rzeczy nie ma wiele wspólnego z socjalizmem, tu chodzi o racjonalność społeczno-ekonomiczną. Właśnie przy tej okazji przypomniała mi się jeszcze jedna książka. „Ekonomia kryzysu” Nouriela Roubiniego i Stephena Mihma (Wolters Kluwer Polska, Warszawa 2011). Jej autorzy tłumaczą, skąd się wziął kryzys, ale od razu zaznaczają, że nie bazują na jednej tylko teorii ekonomicznej. Bo uważają, że w każdej szkole jest coś wartościowego, dzięki czemu można rozwiązać bieżące problemy. I u Keynesa, i u Friedmana. Podoba mi się ten eklektyzm.

Dlaczego?

Bo to, co mnie martwi w polskim życiu publicznym, to wątrobologia stosowana.

Przepraszam, wątro... co?

Wątrobolog to lekarz, który wyleczy nam wątrobę. I będziemy mieli ten organ w najlepszym porządku. Tylko że zaraz umrzemy na coś innego, czego wątrobolog nie zauważył, zlekceważył albo zwyczajnie skutkami swojej terapii popsuł. Bo powinien uwzględniać całość, a więc również rachunek kosztów zewnętrznych, o którym sporo dziś rozmawialiśmy. Musimy nauczyć się to liczyć.