O jakich książkach dziś porozmawiamy?

Zanim o książkach, to może najpierw kilka słów w nawiązaniu do wywiadu z profesor Ewą Łętowską i przewijającego się w tej rozmowie sporu z profesorem Leszkiem Balcerowiczem.

W takim razie szybko przypomnijmy czytelnikom, o co chodzi. Dwa tygodnie temu Ewa Łętowska skrytykowała w tym miejscu bestsellerową książkę Leszka Balcerowicza „Odkrywając wolność” (Wydawnictwo Zysk i S-ka 2012). Zarzuciła mu upraszczanie rzeczywistości. Zwłaszcza gdy dowodził, że regulacje prawne muszą być z natury niekorzystne dla biznesu. Lepiej więc, żeby takich interwencji władz w gospodarkę było jak najmniej. W tym numerze DGP Balcerowicz odpowiada Łętowskiej.

Warto tu przypomnieć, że Ewa Łętowska zwróciła w rzeczonym wywiadzie uwagę, iż prawo to nie tylko nakazy i zakazy. Powołała się przy tym na stosowane w obrocie gospodarczym przepisy dyspozytywne. Oznacza to, że prawo wyznacza rozmaite normy, ale są one stosowane tylko wtedy, gdy strony transakcji nie postanowią w umowie inaczej. I dopiero wtedy wchodzą w grę regulacje przewidziane przez te przepisy. Wszystko to przeczy opinii, że przepisy tylko przeszkadzają biznesowi. Odwrotnie. Są regulacje, które mogą firmom bardzo pomagać.

W jaki sposób?

Można tu wskazać na wiele przykładów, w tym z zakresu prawa spółek handlowych. Warto też wskazać na prawo upadłościowe i naprawcze, które wyznacza normy postępowania dotkniętych bankructwem przedsiębiorstw oraz normy przewidziane dla wierzycieli takich przedsiębiorstw. Normy te z założenia zorientowane są na pomoc wierzycielom i zagrożonemu przedsiębiorcy w znalezieniu optymalnej drogi wychodzenia z sytuacji kryzysowej. Złożenie w sądzie wniosku przynajmniej na pewien czas wstrzymuje egzekucję wierzytelności, chroniąc zarazem interesy wierzycieli. Taki czas może być wykorzystany na wyjście z kryzysu niewypłacalności. Nieprzypadkowo też upadłości przedsiębiorstw to jeden z najważniejszych obszarów prawa gospodarczego. A zarazem ważna dziedzina ekonomii.

Dlaczego?

Mawia się, że kapitalizm bez bankructw jest jak chrześcijaństwo bez piekła. Bankructwa i upadłości to zjawiska tak naturalne jak życie i śmierć. Mają do spełnienia funkcję katharsis, czyli niezbędnego oczyszczania rynku, eliminowania z niego jednostek niewypłacalnych, niemogących sprostać wymogom efektywności rynkowej. Dzięki takiej eliminacji infekcja niewypłacalności nie rozprzestrzenia się na zdrowe organizmy, co potęgowałoby epidemiczny efekt zarażania, efekt domina upadłości. Jest tylko jedno zastrzeżenie.

Jakie?

Prawo musi być prawidłowo egzekwowane, co z kolei wymaga spełnienia rozmaitych warunków, m.in. instytucjonalnych. Z upadłością jest jak ze śmiercią człowieka. Ludzie umierają. To normalne. Ale w przypadku każdego zgonu musi zostać stwierdzona jego przyczyna. Musimy bowiem odróżnić śmierć naturalną od sytuacji, gdy ktoś w umieraniu wydatnie pomógł.

Nie rozumiem. Wydawało mi się, że przepisy dość jasno stanowią, kiedy można wszcząć postępowanie upadłościowe. Najczęściej wiąże się to z niewypłacalnością.

W praktyce to nie jest takie proste. Bo może dochodzić na przykład do upadłości reżyserowanych. Czyli wywołanych przez wąskie grupy interesów, które chcą tanio i szybko kupić majątek jakiegoś przedsiębiorstwa. Najczęściej konkurencyjnego. Mamy też tzw. hieny upadłościowe żywiące się kupowaniem atrakcyjnych działek, maszyn, urządzeń albo kawałków przedsiębiorstw. Oni uprawiają praktykę dobijania przedsiębiorstw. To swego rodzaju eutanazja.

Jakieś przykłady?

Takich przypadków jest niestety niemało. Zarazem często są one bardzo zawikłane i niejasne, nietransparentne, trudno poddające się badaniom. Stąd też niekiedy trafiają do prokuratury. Jedna z najbardziej kontrowersyjnych spraw ostatnich lat to Malma. Firma była prężnym producentem makaronu. A co to jest makaron? Mąka, woda i inne powszechnie dostępne dodatki. Technologia też nie jest skomplikowana. To wszystko w Malmie było. A jednak firma upadła. Jej właściciel obwinia za swoje biznesowe niepowodzenie pożyczkodawcę – duży polski bank z zagranicznym kapitałem, który najpierw dał kredyt, a potem zażądał jego natychmiastowej spłaty. Właściciel Malmy wskazywał przy tym, że pożyczkodawca był kapitałowo powiązany z zagranicznymi producentami makaronu. Spór trwa. Malmy już zaś nie ma. Pracownicy stracili pracę, spora ich liczba otrzymuje zasiłki dla bezrobotnych. (Została tylko marka kupiona kilka dni temu przez innego polskiego producenta – red.).

W jaki sposób dobre regulacje mogą chronić takich przedsiębiorców?

Na kilka sposobów. Pierwszym z nich jest zmiana ducha prawa upadłościowego. Chodzi o to, by nie było ono wyłącznie upadłościowe, ale równocześnie naprawcze. Miała temu służyć zmiana prawa upadłościowego wprowadzona w 2003 r. Nieprzypadkowa jest też nazwa tego prawa. Od tego czasu to prawo upadłościowe i naprawcze. Co wskazuje, że chodziło o to, żeby prawo dbało nie tylko o jak najszybsze ściągnięcie od upadającego przedsiębiorstwa – dłużnika pieniędzy dla wierzycieli. Ale by stworzyć mechanizmy, które takiemu przedsiębiorstwu pozwolą przetrwać trudne chwile bez konieczności zwijania interesu. Wymaga to podjęcia w przedsiębiorstwie działań naprawczych. Może na tym skorzystać również wierzyciel. Bo doświadczenie uczy, że jeśli spłata długów zostanie rozłożona w czasie i odbywa się w sposób planowy, to z reguły wierzyciele mogą odzyskać więcej wierzytelności niż w przypadku likwidacji przedsiębiorstwa. Naprawa przedsiębiorstwa ma bowiem na celu przede wszystkim przywrócenie jego zdolności do efektywnego funkcjonowania, w tym zdolności do spłacania długów. Niestety, w praktyce przeważnie jest tak, że jeśli przedsiębiorstwo wpadnie w stan niewypłacalności, to zdecydowanie w większości przypadków dochodzi do jego likwidacji, czyli śmierci. Stąd ironiczne określenie „wpadłeś w dół – sięgaj po łopatę, kop grób”. Świadczy to, że reforma prawa upadłościowego się nie powiodła.

Dlaczego?

Przyczyn jest wiele. Wskazują na to wyniki badań upadłości przedsiębiorstw. Od 2004 r. prowadzimy takie badania w SGH. Szczegółowo analizowane są poszczególne przypadki bankructw. Upadłości przybywa. Polskie prawo upadłościowe i naprawcze działa źle, niezgodnie z przyjętymi założeniami efektywnościowymi. Sędziowie nader często ogłaszają upadłość likwidacyjną. Procedury naprawcze stanowią zaledwie margines. Sędziowie są bowiem rozliczani przede wszystkim z liczby załatwionych spraw. Zaś procedury likwidacyjne są zdecydowanie prostsze niż naprawcze. Naprawa wymaga wielu złożonych działań, opracowania programu naprawy, powołania komisarza, nadzorcy. To wszystko trwa. Do tego dochodzą problemy z przygotowaniem merytorycznym. Na wydziałach prawa problematyka ekonomiczna jest marginalizowana. A przecież sędzia sądu upadłościowego to jest ktoś, kto rozstrzyga o życiu i śmierci jednostki gospodarczej. W USA na przykład od kilku dekad funkcjonuje Amerykański Instytut Upadłości (ABI), gdzie zrzeszonych jest kilkanaście tysięcy sędziów, prawników, ekonomistów, audytorów i innych ekspertów. Tam gromadzona jest wiedza niezbędna do prawidłowego prowadzenia takich postępowań. Z kolei w Polsce sędziowie sądów upadłościowych są jak lekarze, którym się każe wykonać operację, ale nie mają niezbędnych do tego narzędzi. Brakuje m.in. monitoringu upadłości, ekonomiczno-finansowych analiz, prawnych analiz porównawczych, raportów z przebiegu podobnych przypadków schorzeń przedsiębiorstw. Szefowie i właściciele przedsiębiorstw zagrożonych upadłością boją się przy tym, że jeśli zgłoszą do sądu wniosek o wszczęcie postępowania upadłościowego, skończy się to likwidacją przedsiębiorstwa. Dochodzi do tego obawa przed stygmatyzacją. Stąd też nierzadko wnioski upadłościowe kierowane są do sądów zbyt późno, kiedy już nie ma czego naprawiać i ratować. W takiej sytuacji przeważnie dochodzi niestety do „śmierci pacjenta”.

Są o tym jakieś dobre książki?

Sporo, zwłaszcza zagranicznych, przy czym przybywa także publikacji polskich. Z zagranicznych publikacji duże wrażenie zrobiła na mnie przed laty książka „Korporacja. Patologiczna pogoń za zyskiem i władzą” Joela Bakana, kanadyjskiego profesora prawa z University of British Columbia (Wydawnictwo Lepszy Świat, 2006). Pokazuje w niej, jak ważna jest ocena prawa pod kątem następstw ekonomicznych. I to na wielu bardzo pouczających przykładach.